środa, 27 lipca 2016

Druga Szansa - Rozdział 2

Witam ^^
Skończyłam pisać drugi rozdział ,,Drugiej Szansy". Nie wiem, ile osób to przeczyta, a tym bardziej skomentuje, ale mam nadzieję, że wam się spodoba :D ;P

_________________________________________________________________________________


  
   Steve kolejną minutę wpatrywał się w napis zamieszczony na tytułowej stronie porannej gazety. Nie tknął nawet śniadania, a jego kawa dawno już wystygła. Domyślał się, kto był sprawcą, ale nie chciał w to wierzyć. Po co Bucky miałby to robić, skoro mówił, że nikogo więcej nie chce zabijać? To nie ma sensu. Może to jednak nie on? Przecież wiele osób jechało wczoraj w stronę obrzeży miasta, więc…
  Kapitan ze zdenerwowania zagryzł wargi i zaczął miętosić w ręku gazetę. Nie mógł znieść tego, że jego przyjaciel był tak blisko, ale on nadal nie mógł go dogonić. Ciągle mu uciekał, a był w tym samym mieście. Może nawet przechodził obok miejsca, w którym się ukrywają. Dlaczego tak trudno go złapać? Steve chce z nim po prostu porozmawiać, ale on nie daje się tak łatwo namierzyć. W końcu ma w sobie wyszkolonego żołnierza, więc wie, co należy robić w takich sytuacjach. Pamięta wszystko, czego uczył się zabójca, potrafi wykonać każdy jego ruch. Mimo to pragnienia Bucky’ego znacznie różnią się od treningu wpajanemu mu przez HYDRĘ.  Całe szczęście, bo inaczej nie byłoby szans na uratowanie go.
 Steve nawet nie zauważył, kiedy do salonu weszła Natasha. Tuż za nią pojawiła się Wanda. Usiadły na kanapie po obu stronach Kapitana i patrzyły na niego przez kilkanaście długich sekund. W końcu Rogers nie wytrzymał i przerwał ciszę.
 - Muszę spróbować jeszcze raz.
 - Skąd pewność, że cię nie zabije? – Czarna Wdowa skrzyżowała ramiona pod biustem. – Jest do tego zdolny i dobrze o tym wiesz.
 - Znam Bucka. Poza tym mnie poznał.
 - Ale nie znasz Zimowego Żołnierza – wtrąciła Wanda. – Twój przyjaciel może się nim w każdej chwili stać, więc nie możesz sobie tak po prostu do niego pójść. Musimy iść całą drużyną.
 - Muszę iść sam. – Steve spojrzał na nią z pewnością. – Inaczej możemy go tylko spłoszyć. Bucky was nie zna, nie ufa wam.
 - A tobie nadal ufa? – Natasha miała naprawdę silne argumenty.
 - Przekonam się o tym.
 - Co chcesz z nim w ogóle zrobić? Zabierzesz go tu i co dalej? Skoro sam powiedziałeś, że nam nie zaufa, to może zrobić wszystko, by stąd wyjść. Poza tym spójrz. – Podsunęła mu gazetę. – Dopóki jest w nim ta przeklęta mrożonka, nikt nie będzie przy nim bezpieczny. Może zabić w każdej chwili, wystarczy krótka zmiana nastroju.
 Steve milczał. Podniósł głowę i spojrzał w sufit, a dziewczyny patrzyły na niego w skupieniu.
 - Spróbuję. – W głosie blondyna było słychać ogromną desperację. – On potrzebuje pomocy. Jest moim przyjacielem, więc nie mogę go tak zostawić. Gdybyście to wy były na jego miejscu, bez wahania zrobiłbym to samo. – Wstał i wziął do ręki komórkę. – Dlatego proszę, zaufajcie mi. Zrobię wszystko, by go tu sprowadzić.
 - Nie chodzi o to, że ci nie ufamy – zaprzeczyła Wanda. – Nie ufamy twojemu przyjacielowi. Dobrze wiesz, o co jest oskarżany. I dobrze wiesz, co potrafi. Mieszkanie w jednym domu z mordercą nie wygląda na wizję pełną szczęścia i uśmiechu.
 - Wiem. – Steve poszedł do holu i narzucił na siebie skurzaną kurtkę. – Ale i tak muszę mu pomóc. On by mnie nie zostawił.
 - Może kiedyś, a teraz? – Natasha oparła się o framugę drzwi.
 - Wyłowił mnie z rzeki i później ze mną współpracował, gdy go ostatnio spotkałem. – Rogers otworzył drzwi wejściowe. – Jest w nim Bucky, wiem to.
 Wyszedł, zostawiając dziewczyny w przedpokoju. Wyjął z kieszeni spodni komórkę i wykręcił numer swojego przyjaciela.
 - Sam? – Stanął na światłach. – Potrzebuję twojej pomocy.

                                                                       ~*~

   Wszedłem do najbliższego spożywczaka i kupiłem podstawowe produkty – kilka bułek, butelkę wody, jakieś batoniki energetyczne i jabłko. Sprzedawczyni nawet dorzuciła mi gratis gumy, mówiąc, że sprzedają je dziś za darmo.  Podziękowałem, zapłaciłem i wyszedłem ze sklepu, pakując zakupy do plecaka. Będę musiał pójść po jakieś nowe ubrania – bluzka, którą miałem na sobie zaczynała się pruć w jednym miejscu. Wiem, że nie powinienem kraść, zwłaszcza jeśli chcę skończyć z przestępczą przeszłością, ale bez pieniędzy długo bym nie pociągnął. I tak musiałbym kraść, a tak przynajmniej właściciele sklepów o nic mnie nie oskarżają.
 Zatrzymałem się na pasach obok jakieś starszej pani, która miała problem z podniesieniem swojego wózka. Schyliłem się i pomogłem jej, nawet lekko się przy tym uśmiechnąłem. Może dzięki takim zachowaniom jeszcze bardziej zmylę ludzi?
 - Dziękuję, młodzieńcze – powiedziała i odwzajemniła uśmiech.
 ,,Młodzieńcze”… Tak naprawdę mogę być kilka bądź kilkanaście lat starszy od niej.
Nie wyglądam wprawdzie na setkę, najwyżej na trzydzieści dwa, może trzy lata. Jak na takiego staruszka to całkiem nieźle się trzymam. Pomijając amnezję, nagłe bóle głowy i protezę lewej ręki, to jestem praktycznie zdrów.
 Mijałem ludzi, którzy byli zajęci rozmowami przez telefon bądź pisaniem wiadomości. Kiedy byłem jeszcze normalny, młode osoby bądź nastolatki spędzali czas na dworze, wspólnej zabawie i rozmowie w cztery oczy. A teraz? To, co się stało ze światem w ciągu tych kilkudziesięciu lat, to naprawdę ogromny postęp technologiczny, ale też zacofanie zachowań interpersonalnych. Przynajmniej w niektórych przypadkach. Ludzie częściej dzwonią do kogoś, niż spotykają się z nim w kinie bądź kawiarni.
 Westchnąłem cicho i skręciłem w jedną z głównych ulica, na której praktycznie zawsze jest tłum. Wmieszanie się w taką gromadę to bardzo dobry kamuflaż. Dzięki temu ktoś, kto mnie szuka, ma większe problemy ze znalezieniem mnie. Dodatkowo taki gąszcz osób ułatwia mi ucieczkę, a innym poruszanie się. Wystarczy być ostrożnym, nie wzbudzać podejrzeń innych i zachowywać się tak, jak większość. Co jakiś czas i tak oglądam się za siebie by sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi, ale staram się to robić najdyskretniej jak tylko potrafię. Na razie działa, bo nie zauważyłem niczego podejrzanego.
 Nagle poczułem uderzenie w klatkę piersiową. Mój mechanizm obronny już chciał się uruchomić, ale zobaczyłem, że to tylko młoda dziewczyna, która przypadkiem na mnie wpadła.
 ,,Uspokój się, Barnes, nic ci nie zrobi.”
 - Przepraszam bardzo! – Uniosła lekko ręce. – Nie zauważyłam pana.
 - Nic się nie stało – odpowiedziałem i ją ominąłem.
  Kątem oka zauważyłem, jak się za mną odwraca, ale nie spojrzałem na nią. Szedłem dalej prosto, a gdy przestałem czuć na sobie jej spojrzenie, dyskretnie się odwróciłem, ale jej już nie było. Zapamiętałem tylko długie, brązowe włosy, ciemne oczy i jakąś teczkę.
  Pośpiech. Tyle ludzi teraz wszędzie się gdzieś spieszy. Mają do załatwienia ważne sprawy, muszą zdążyć do pracy na czas, wrócić do domu… Znacznie bardziej wolałbym takie życie od ciągłego uciekania i odwracania się za siebie by sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi. Przynajmniej miałbym gdzie wracać, a teraz? Chodzę ulicami miasta, ukrywam się i muszę kraść, by przeżyć. Jeśli ciągle miałbym tak żyć, pewnie bym się przyzwyczaił, jednak byłbym też bardzo zmęczony. Musiałbym co jakiś czas szukać nowego mieszkania i środku transportu, a także omijać wszelkie kontrole drogowe i komisariaty policyjne. Tak naprawdę nigdzie nie jestem bezpieczny. Mogę być poszukiwany w każdym państwie,  wszędzie mogą się kryć agenci pragnący mej śmierci. Wprawdzie oni też wykonują czyjeś rozkazy, ale mają wolną wolę. Mogą wybrać. Ja nie mogłem. Naukowcy z HYDRY nie dali mi żadnego wyboru. Kazali coś zrobić – robiłem to. A jak zacząłem zadawać pytania, karali mnie, a później znów kasowali mi pamięć. Procedury bezpieczeństwa. Jeśli znów wpadnę w ich ręce, mogę się już nie wydostać. Znów wykasują mi wspomnienia i stanę się posłuszną marionetką, do której nie dociera nic oprócz rozkazów. A Bucky pójdzie w niepamięć…

                                                                             ~*~

  - I mamy tak łazić po mieście cały dzień? – Jęknął Sam, gdy Steve przedstawił mu swój plan.
 - Twoje roboty będą latały nad miastem i szukały go, a my pochodzimy ulicami. – Steve założył czapkę z daszkiem i okulary, natomiast Sam narzucił na głowę kaptur od swojej bluzy.
 - Wspaniały plan – prychnął Wilson. – W takim tempie to nam się trochę zejdzie.
 - A masz lepszy pomysł?
  Przez chwilę panowała cisza. Mężczyźni wyszli na jedną z głównych ulica miasta, a Sam uruchomił swoje roboty.
 - Może wyślemy samolot z transparentem ,,Szukamy cię, Bucky!”? – Zaproponował, na co Rogers tylko westchnął i pokręcił głową. – No co? Byłoby mniej męczące.
 - Wtedy musielibyśmy chyba czekać sto lat na jego pojawienie się.
 Mijali mężczyzn rozmawiających o pracy, kobiety esemesujące z przyjaciółkami, dzieci wskazujące mamom wystawy sklepowe, ale nigdzie nie widzieli znajomej twarzy Bucky’ego.
 - Skąd pewność, że on w ogóle się pojawi na mieście? – Spytał Sam, chowając ręce do kieszeni.
 - Bo najlepsza kryjówka to taka na widoku – odparł Steve, lekko mrużąc oczy. – Sam? – Szturchnął łokciem swojego przyjaciela, po czym wskazał mu dość wysokiego mężczyznę w czapce z daszkiem.
 - To by było zbyt proste – mruknął Falcon, ale ruszył w jego stronę.
 Obaj byli coraz bliżej swojego celu, ale starali się iść zwyczajnym krokiem, by nie wzbudzić jego podejrzeń. Nie spuszczali z niego wzroku, lecz szli szybszym tempem, coraz bardziej się do niego zbliżając. Jeśli Bucky teraz się odwróci, całe ich starania pójdą na marne. A do tego nie mogę dopuścić. Zaczekali na odpowiedni moment, gdy mężczyzna skręci w mniej ruchliwą ulicę, po czym złapali go za ramiona i zdjęli mu z głowy czapkę.
 - Ej, czego?! – Warknął nieznajomy i zmrużył oczy. – Wy… Ja was skądś znam.
 Sam i Steve natychmiast go przeprosili, a potem pospiesznie się oddalili. Wmieszali się w tłum i włożyli ręce do kieszeni.
 - Mówiłem, że to by było za proste – burknął Wilson. – Teraz mamy przeszukiwać każdego faceta z czapką na głowie? Pół miasta takie nosi!
 Steve zacisnął wargi, po czym ruszył w stronę parku. Zaczął się dyskretnie rozglądać, ale żadna osoba nie przypominała Bucky’ego. Jedni byli albo za niscy, albo za wysocy, albo mieli za krótkie włosy. Wprawdzie Nowy Jork jest ogromnym miastem, ale nawet tu nie można się chować nie wiadomo jak długo. James musi w końcu się ujawnić. A Rogers był przekonany, że właśnie teraz jego przyjaciel chodzi po ulicach miasta. Tylko gdzie dokładnie jest?
 Steve odwrócił się, czując czyjś wzrok na sobie, ale nikogo nie zauważył.
 - Coś się stało? – Spytał Sam, spoglądając w tę samą stronę, w którą patrzył Rogers.
 - Nie, nic – odpowiedział Kapitan, po czym poszedł dalej. Nie mógł już zauważyć postaci stojącej w cieniu jednej z uliczek.

                                                                      ~*~

  Siedziałem na murku w parku i obserwowałem gołębie jedzące okruszki chleba. Tak, bardzo ciekawe zajęcie, nieprawdaż? I tak nie miałem nic lepszego do roboty, więc nawet takie siedzenie i nicnierobienie było lepsze od ciągłego łażenia po ulicach Nowego Jorku. Skoro i tak nie mam mieszkania, to muszę całe dnie przesiadywać na dworze. Obserwuję przy tym ludzi, zapoznaję się z okolicą i ciągle zmieniam tereny swoich spacerów. Zapamiętuję ulice i charakterystyczne miejsca, które mogłyby mi posłużyć jako kryjówki. Przynajmniej na pewien czas, bo w jednej nie mógłbym długo zostać. Policja i służby specjalne, a także Avengersi, mogliby dość szybko wpaść na mój trop, czego za wszelką cenę muszę uniknąć. Jeśli wpadnę w ich ręce, to będzie koniec. Wsadzą mnie do pilnie strzeżonego więzienia, dadzą mi straż przed celą, a do tego mogą mi wstrzykiwać jakieś dziwne substancje. Czego jak czego, ale eksperymentów na sobie nie mam zamiaru powtarzać. Wystarczy mi, że przez jakiś szaleńców skończyłem z rozdwojeniem osobowości. Mam w głowie mordercę, który umie tylko zabijać. A na dodatek ja jestem później o to posądzany. Wystarczy. Muszę się go pozbyć. Nie mam pojęcia, jak to zrobić, ale nie mam zamiaru ciągle się z tym męczyć. Tylko gdzie mnie przyjmą, skoro wszędzie jestem poszukiwany? Do którego szpitala mam się udać?
 Życie jest czasem naprawdę niesprawiedliwe.
 Uniosłem głowę i spojrzałem w niebo. Pojawiały się na nim deszczowe chmury, a Słońce powoli za nimi znikało. Znów muszę poszukać jakiejś kryjówki. Gdzie pójść tym razem? Nagle poczułem, jak coś obija się o moją nogę. Zobaczyłem jak jakaś piłka zatrzymuje się kilka centymetrów przede mną. Podniosłem ją, a niedaleko mnie stał kilkuletni chłopczyk i patrzył raz na piłkę, raz na moją twarz.
 - Masz. – Rzuciłem mu ją, na co się szeroko uśmiechnął, pokazując swoją dziurę po jedynce, po czym podziękował i pobiegł do kolegów.
 Gdyby wiedział, kim jestem, zachowałby się zupełnie inaczej – uciekłby lub zaczął krzyczeć, wołając mamę bądź tatę o pomoc. Na pewno nie obdarzyłby mnie uśmiechem. Bałby się, chciałby uciec. Jednak czyjś uśmiech jest… czymś przyjemnym. Dawno tego nie widziałem. W HYDRZE były tylko krzywe grymasy, złość, irytacja i poczucie wyższości. A, i strach przed moją osobą. Ci, którzy zostali pojmani przez HYDRĘ, bali się mnie. Gdy zobaczyli, do czego jestem zdolny, poddawali się i robili wszystko, co ta organizacja od nich chciała. Zdarzały się wyjątki, ale szybko się z nimi rozprawiano. Często z moją pomocą – albo ich torturowałem, albo biłem, zdarzyło się nawet, że odciąłem komuś rękę.
 Ludzie zawsze patrzyli na mnie z lękiem. Odkąd stałem się Zimowym Żołnierzem, nie było dnia, kiedy nie widziałbym lęku bądź złości. Uśmiechy ludzi mijanych na ulicy bądź widzianych w sklepie są przyjemną odmianą. Czasem nawet ja się do kogoś uśmiechnę, ale to nie jest prawdziwy uśmiech, jaki miał James Barnes w Muzeum Kapitana Ameryki. Ta osoba na filmie była radosna, śmiała się, a ja? Jestem jej kompletnym przeciwieństwem. Ciągle poważny, zero radości na twarzy, w dodatku poszukiwany zabójca. Ech… Życie jest naprawdę ciężkie. Czasem zastanawiam się, czemu to wszystko musiało się przytrafić akurat mi, ale widocznie tak miało być. I tak już teraz nie zmienię, więc użalanie się nad tym w niczym mi nie pomoże. Muszę to znieść.
 Tylko jak długo dam radę uciekać?
 Zostałem wprawdzie wyszkolony, ale HYDRA zna mnóstwo możliwości na wyszukanie tych, których szuka. Nieważne, gdzie się ukryją, prędzej czy później i tak ich znajdzie. Wiem też, że mi łatwo nie odpuści – w końcu ich zdradziłem. Stracili jedną ze swoich najlepszych kukiełek. Oni nie tolerują nieposłuszeństwa, a za każdy niewykonany rozkaz wymierzana jest surowa kara. Aż nie chcę myśleć o tym, co mnie spotka, jeśli wpadnę w ich ręce… Krzesło elektryczne? Długa kąpiel w lodowatej wodzie? Podtapianie? Wbijanie noży w mięśnie? Bo kasowanie pamięci na pewno by mnie nie ominęło. A tego akurat najbardziej chcę uniknąć. Nie mam zamiaru znów stawać się zabójcą bez serca. Byłem nim przez siedemdziesiąt lat, wystarczy. Teraz i tak nie mogę wieść normalnego życia, bo jestem poszukiwany.
 Czy kiedyś w ogóle będę miał własne mieszkanie na stałe? I będę chodził po ulicach miasta nie bojąc się, że zaraz ktoś wyskoczy zza rogu i będzie chciał mnie aresztować?
 Ech, naprawdę marzę o takim życiu, ale wiem, że to marzenie nigdy się nie spełni. Ktoś taki jak ja nie ma prawa mieszkać jak uczciwi obywatele. Nie zasłużyłem na to. Jednak z drugiej strony to nie była moja wina – manipulowano mną i zmuszano do tych wszystkich rzeczy. To nie byłem ja, lecz… jednocześnie ja. Skomplikowane. Zrobiła to osoba znajdująca się w moim umyśle. Posłużyła się moim ciałem i wyglądem, przez co teraz ja, Bucky, jestem oskarżany o te wszystkie morderstwa. W sumie ci, co chcą mnie złapać, mają trochę racji… Mimo to nie mogą mnie złapać. Nie chcę spędzić reszty życia w więzieniu bądź szpitalu dla psychicznie chorych. Zostałem wykorzystany. Nie mam zamiaru cierpieć za głupotę i chciwość innych. Dlaczego to ja mam ponosić karę, a oni nadal są na wolności i trudno ich namierzyć? Ci, którzy mnie stworzyli, powinni zginąć. Albo przejść przez to samo co ja. Z chęcią patrzyłbym, jak ich osobowość zostaje zrujnowana, a mózgi słuchają tylko rozkazów pana. Byliby jak marionetki. Jak ja, przez ostatnie kilkadziesiąt lat.
 Przez chwilę obserwowałem grupkę dzieci bawiącą się na pobliskim placu zabaw i starałem się przypomnieć sobie swoje dzieciństwo. Pamiętam, że siedziałem ze Stevem na trzepaku i jadłem ciastka podkradzione mojej mamie. Trochę mi się za to później oberwało, ale było warto. Przynajmniej Steve nabrał ociupinę tłuszczu.
 Zawsze był chudy. Często to wyglądało aż źle. Niby odżywiał się prawidłowo, ale nigdy nie miał mięśni, nie umiał się bić i był słaby fizycznie. Dopiero po przemianie zaczął szybciej biegać i wygrywał praktycznie każdą potyczkę. Stał się nawet wyższy ode mnie, a kiedyś sięgał mi do ramienia. Teraz to ja jestem niższy…
 Kiedy byliśmy dziećmi, często chodziliśmy do miasta i oglądaliśmy wystawy sklepowe. Zawsze zwracaliśmy uwagę na mundury i sprzęty mechaniczne. Uwielbiałem metalowe rzeczy, które można było składać. Dostarczało mi to niesamowitej frajdy. Obecnie jednak za nimi nie przepadam, zwłaszcza za swoją lewą ręką. Nienawidzę jej. Najchętniej to bym ją oderwał i zastąpił czymś innym. To właśnie nią zamordowałem większość swoich ofiar. Ona ma na sobie masę niewidzialnej krwi, która cały czas na mnie ciąży. I mam świadomość, że tego brudu nigdy nie domyję. Zawsze zostaną plamy.
 Jako dziecko lubiłem chodzić po płotach i udawać, że drzewa to moje fortece. Kilka razy spadłem z gałęzi i nabiłem sobie masę guzów, raz nawet skręciłem kostkę. Steve później do mnie przyszedł z ciastem swojej mamy. Pyszne było. Czekoladowe. Jego matka cieszyła się, że  jestem przyjacielem Rogersa, bo wiedziała, że zawsze go obronię. Byłem szybszy i silniejszy, więc często ratowałem go z opresji. Za to on był bardziej opanowany. Właściwie to traktowaliśmy się prawie jak bracia.A brat brata nie opuszcza, nie? W końcu to podobno ja pierwszy powiedziałem, że go nie zostawię i będę z nim do końca. A gdyby Steve tego nie powtórzył nad rzeką, prawdopodobnie już byłby martwy. Zabiłbym… przyjaciela. Bo skoro kiedyś nim był, to chyba znaczy, że teraz naprawdę chce mi pomóc? Nie wyczuwałem w jego głosie kłamstwa, więc może powinienem mu zaufać? Ale co z jego kompanami? Możliwe, że będą chcieli mnie wydać. Jak Steve miałby zamiar to pogodzić?
 Zaryzykować, czy jednak nadal się ukrywać i działać samotnie?
 Życie zbiegłego mordercy jest naprawdę trudne.
 Ostatni raz spojrzałem na bawiące się dzieci, po czym wstałem ze swojego miejsca i poszedłem w kierunku centrum miasta. I tak nie mam gdzie pójść, a na spacerze przynajmniej rozruszam mięśnie. Powinienem poszukać Steve’a, tylko nie mam pojęcia, jak to zrobić. Właściwie to mam jeden pomysł, ale jeśli go zrealizuję, ludzie nadal będą się mnie bać. I możliwe, że jeszcze bardziej niż wcześniej.
 I tak nie mam wiele do stracenia, a niebezpieczeństwo to moje drugie imię.
 Zaryzykuję. Może się uda.


_________________________________________________________________________________




wtorek, 28 czerwca 2016

Druga Szansa - Rozdział 1

Cześć!

Wstawiam dziś pierwszy rozdział na tym blogu :D Mam nadzieję, że się wam spodoba ^^ Jak pewnie zauważycie, jest pisany głównie z perspektywy Bucky'ego, aczkolwiek są przerywniki dotyczące Steve'a i jego drużyny. Raz będę krótsze, raz dłuższe, ale opowiadanie będzie w większości dotyczyło Bucky'ego ;)

Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Miłego czytania!
Wszelkie komentarze mile widziane! :D ;)

_________________________________________________________________________________



   Znów to zrobili. Znów wykasowali mi pamięć. Znów zabrali mi wspomnienia. Czemu? Bo się boją, że jeśli sobie wszystko przypomnę, to stanę się dla nich zagrożeniem. Ciągle mi wmawiali, że od zawsze byłem szkolony na zabójcę, na Zimowego Żołnierza. Ale gdyby tak było, to nie musieliby kasować mi co jakiś czas pamięci. Ukrywali coś przede mną i nie chcieli, żebym to odkrył. Nie pozwalali mi odnaleźć prawdziwego siebie. A po uszkadzaniu pamięci i wypowiedzeniu kilkunastu odpowiednich słów, staję się potulnym żołnierzykiem, który wykona każdy rozkaz.
 Każdy.
 Ostatnią misję jednak zawaliłem. Steve Rogers, moja niedoszła ofiara, nadal żyje. A ja nie chcę kończyć tej misji. Z jakiegoś powodu nie umiałem go zabić. Miałem przeczucie, że już go wcześniej spotkałem.
 Nie. Jestem pewien, że go znam. I nie widziałem go na jednej z misji. Znałem go już wcześniej, czuję to. W dodatku nazwał mnie swoim przyjacielem. A może mnie z kimś pomylił? Nie, widziałem to na jego twarzy. Był pewien tego, co mówił. Chciał, bym sobie przypomniał.
 Ale ja nie potrafię. Nawet jeśli bym chciał, nie umiem przypomnieć sobie tego, co się działo kiedyś. Domyślam się, że to ważne, że dzięki temu odnajdę prawdziwego siebie, ale po prostu nie dam rady. Musiałem być posłuszną kukiełką, bo inaczej by mnie zabili, albo w najlepszym wypadku skazali na długie i bolesne tortury. Aż wzdrygnąłem się na myśl o krześle elektrycznym bądź o nożach wbijających mi się w ciało. Wprawdzie moje rany goją się dużo szybciej niż u normalnych ludzi, ale ból pozostaje. Straszny ból, który rozrywa mi mięśnie. A to wszystko dla dyscypliny. Bym był podporządkowany.  O n i nie lubią nieposłusznych żołnierzy. Wszystko ma być tak, jak zaplanowali. Porażka nie wchodzi w grę.
 Kiedy im powiedziałem, że skądś znam gościa, z którym walczyłem, oni od razu temu zaprzeczyli i starali się mi wmówić, że spotkałem go niedawno na misji. Nie uwierzyłem. Nie chciałem wierzyć. Czułem, że mnie okłamywali. Ale nic nie mogłem zrobić. Po tym, jak wykasowali mi pamięć, stałem się ponownie Zimowym Żołnierzem. Zabójcą. Byłem gotowy go zabić. Walczyłem z nim. Biłem go. Wyżywałem się na nim. A on to znosił, mówiąc, że nie chce ze mną walczyć. Odrzucił nawet swoją tarczę, która zawsze jest jego partnerką podczas walki. Pozwalał mi okładać się pięściami. Czułem, że nie powinienem go zabijać. Było w nim coś, co wyglądało znajomo.
 Znałem go.
  Zbierało mi się wtedy na płacz. Patrzyłem na niego i widziałem w nim jednocześnie wroga i kogoś, komu mógłbym zaufać.
 ,,Będę z tobą do końca”.
 Gdyby nie wypowiedział tych słów, prawdopodobnie już byłby martwy. Kiedy je usłyszałem, poczułem, że brzmią znajomo. Na pewno je wcześniej słyszałem. A może to ja tak powiedziałem? Sam nie wiem. Pogubiłem się.
 Nie potrafiłem go wtedy zabić. Gdy spadał do rzeki, skoczyłem za nim i go wyciągnąłem. To był odruch. Moje ciało zareagowało instynktownie. Jednak kiedy zobaczyłem, że oddycha, poczułem… ulgę. To aż dziwnie brzmi. Wyszkolony zabójca cieszy się, że jego niedoszła ofiara przeżyła. Co się ze mną dzieje? Czyżby cząstka dawnego mnie dawała o sobie jakiś znak? Czy Bucky, do którego Kapitan się zwracał, jest taki empatyczny i współczujący? Jak wygląda i zachowuje się prawdziwy ja? Kim byłem? Kim się stałem?
 Masa podobnych pytań kłębiła się w mojej głowie, a ja nie umiałem znaleźć na nie odpowiedzi. Czułem się zagubiony, jakbym stracił coś ważnego. Coś, bez czego nie da się normalnie żyć. Gdzie znajdę te odpowiedzi? Kiedy będę mógł skrócić listę tych wszystkich niewiadomych? Kiedy odnajdę prawdziwego siebie?
 Stałem się zbiegiem. Poszukiwanym zabójcą, którego poszukują chyba wszystkie grupy śledcze w całej Ameryce. Na każdym rogu ulicy może czaić się ktoś, kto chce mnie pojmać. Nie mogę dać się złapać. Jeśli trafię na stół do jakiegoś szalonego doktora, nigdy nie odzyskam wspomnień. Nie przypomnę sobie, kim byłem. Jednak czuję, że by to zrobić, muszę się prędzej czy później spotkać z tym całym Steve’m. On jest jedyną osobą, która może mi w tym pomóc. Tylko czy mogę mu zaufać? Jestem pewien, że go znałem, ale on zawsze pałęta się gdzieś ze swoimi kumplami, z którymi ratuje świat. A oni mi nie pomogą. Będą chcieli mnie zamknąć, unieszkodliwić. Co mi pozostaje? Iść dalej przed siebie i nie dać się złapać.
 Kto by pomyślał, że Zimowy Żołnierz będzie zmuszony do ukrywania się w małym, ciasnym mieszkanku, by móc przeżyć? Muszę kraść, by mieć pieniądze na jedzenie i jakieś ubrania. Codziennie chodzę po mieście, by poznać okolicę na wypadek nagłej ucieczki, ale to wiąże się z ogromnym ryzykiem. Chwila nieuwagi i będę miał pościg na karku. Jedna wpadka i po mnie.
 Rozejrzałem się po ulicy i dostrzegłem na ławce jakąś gazetę. Wziąłem ją i poczułem, jak coś się we mnie gotuje. Na pierwszej stronie był napis: ,,Zimowy Żołnierz znów zaatakował.”. Zacisnąłem wargi i przełknąłem ślinę. Wrobiono mnie. Ktoś mnie wrobił. Może i jestem odpowiedzialny za wiele morderstw i kradzieży, ale nie zabiłem króla Wakandy! Nawet nie było mnie w tamtych okolicach. Najłatwiej jednak zwalić winę na kogoś, kto i tak już jest obarczony masą innych przestępstw. Nikt się nawet nie będzie zastanawiał nad tym, czy artykuł jest prawdziwy. Po prostu oskarżają, nie szukając nawet innych winnych. Czemu? Bo według ich logiki winnym jest tylko jedna osoba – Zimowy Żołnierz. Ktoś, kim nie chcę już więcej być. Chcę z nim skończyć, ale nie potrafię. Za długo nim byłem, by teraz tak nagle z tym skończyć. Nadal mam go w swojej głowie, a pozbycie się go jest dla mnie na razie niemożliwe.
 Spojrzałem w prawo i zobaczyłem, że jakiś mężczyzna patrzy raz na mnie, raz na gazetę. Zrobił wielkie oczy i wstał z ławki, szybko się oddalając. Rozpoznał mnie. Wiedział, że to ja. Jeden głos w mojej głowie nakazywał mi wrócić szybko po swoje rzeczy i uciekać, a drugi chciał, bym pobiegł za mężczyzną i go zabił. Już zrobiłem kilka kroków w stronę, w którą poszedł, ale wziąłem głęboki wdech i skierowałem się do swojego tymczasowego mieszkania, które jeszcze dziś będę musiał opuścić. Facet, który mnie widział, pewnie zdążył już zawiadomić policję lub inne służby ochronne, więc miałem niewiele czasu, by uciec. Wdrapałem się szybko na dwudzieste piąte piętro i wszedłem po cichu do swojego mieszkania. Coś było nie tak. Ktoś tu był. Zrobiłem kilka cichych kroków i znalazłem się w pokoju dziennym, który był połączony z kuchnią. I wtedy go zobaczyłem. Swoją niedoszłą ofiarę, która nazwała mnie przyjacielem.
 Steve Rogers odwrócił się, trzymając w ręku mój notes. Mimowolnie zadrżałem, widząc jego spojrzenie pełne ulgi, ale jednocześnie niepokoju. Jeszcze tego obrońcy prawa mi tu brakowało…
 - Pamiętasz mnie? – Spytał.
Przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie chciałem tak po prostu mówić, że przypomniałem sobie część swojego dawnego życia. Nie miałem czasu na pogaduszki. Siły specjalnie zbliżały się do mojego mieszkania, a ja z każdą sekundą miałem mniej czasu na ucieczkę.
 - Jesteś Steve – powiedziałem, ani na moment nie spuszczając z niego wzroku. – Czytałem o tobie w muzeum.
 - Nie. – Odłożył mój notes na szafkę. – Musiałeś mnie sobie przypomnieć. Inaczej nie wyciągnąłbyś mnie z rzeki.
 Rzeka.
 To tam przekonałem się, że na tym świecie jest ktoś, kto nie chce mnie zabijać. Ktoś, kto z własnej głupoty uważa mnie za przyjaciela. Zabójca mnie może mieć przyjaciół. Wszyscy boją się morderców, nie chcą z nimi przebywać i mają do tego pełne prawo. Ja nie jestem wyjątkiem. Dlaczego więc Steve Rogers myśli, że tak łatwo odbuduje między nami coś, czego nawet do końca nie pamiętam? Po co tu przylazł? Opóźnia tylko moją ucieczkę.
 Nie chciałem z nim walczyć. Nie chciałem zabijać. Nie jego. I nie ludzi, którzy po mnie przyszli. Nie chciałem zabijać nikogo, a szczególnie niewinnych. Pragnąłem tylko wolności, możliwości ucieczki. To aż tak wiele? Dla rządzących najwyraźniej tak. Nie chcą pozwolić chodzić po ulicach jednemu z najgroźniejszych zabójców świata.
 - To był odruch.
 - Z jakiegoś powodu tak zareagowałeś. – Nie odpuszczał. Wyjątkowo uparty. – Posłuchaj, Bucky. – Naprawdę mam tak na imię? Bucky? – Za kilka sekund będą tu siły specjalne, które chcą cię pojmać. – Jak za zawołanie usłyszeliśmy głośny początek odliczania. – Walka nie jest właściwym rozwiązaniem. Nie musisz walczyć.
 - A co mam niby robić? – Syknąłem, a metalową ręką stłukłem szybę w oknie. – Muszę walczyć, bo chcę przeżyć.
 - Pomogę ci. – W jego spojrzeniu była determinacja. – Ale musisz mi zaufać.
 Usłyszeliśmy głośne ,,Jeden!”, po czym drzwi do mojego mieszkania zostały prawie wyważone. Przepchnąłem Steve’a i podszedłem do okna, by ocenić sytuację. Naprzeciwko budynku, w którym mieszkałem, znajdował się niższy dach. Zauważyłem go już pierwszego dnia i wiedziałem, że w razie potrzeby będzie dobrą drogą ucieczki.
 Rogers chwycił mnie za kaptur bluzy i obrócił tak, że musiałem spojrzeć w jego oczy.
 - Bucky, nie musisz nikogo zabijać!
  Wyszarpnąłem mu się i popchnąłem go na podłogę, po czym sztuczną ręką zrobiłem w podłodze dziurę, w której ukryty był mój plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami.
 - Nie mam zamiaru nikogo więcej zabijać.
 Wyrzuciłem bagaż za okno, prosto na dach niższego budynku. Pobiegłem do drzwi i uderzyłem w głowę pierwszego agenta, którego zobaczyłem. Kątem oka zauważyłem, że Steve stara się zatrzymać policjantów wchodzących przez okno.
 Naprawdę mi pomaga.
 Przepchnąłem się na klatkę schodową, gdzie znokautowałem kolejnych kilku agentów. Osłoniłem się metalową ręką i wyrwałem jakiemuś mężczyźnie pistolet z ręki, a następnie uderzyłem nim dwóch żołnierzy.
 Walka. Znów muszę walczyć, by przetrwać. Jak nie walka z rozkazu, to z przymusu, by zachować życie. Czy mój żywot ciągle skupia się na waleniu innych? Zawsze tak było? Pamiętam trochę z czasów wojny. Wtedy też walczyłem i używałem karabinów. Byłem raz w niewoli, ale o n mnie uwolnił. Steve tam wtedy był. Przyszedł po mnie. Może on jednak naprawdę był moim przyjacielem?
 - Bucky, dół! – Krzyknął nagle, a ja od razu zrozumiałem.
 Kucnąłem, a nad głową przeleciała mi jego tarcza i zwaliła z nóg trzech agentów. Spojrzałem na niego, a on kiwnął mi tylko głową na niższe piętra. Rogers jest pierwszą osobą od wielu lat, która mi pomaga. Nie chce mnie pojmać. Chce pomóc. Ale czy ja tę pomoc potrafię przyjąć?
 Zeskoczyłem na niższe piętro i kopnąłem jednego z policjantów w brzuch. Obił się o ścianę i upadł z cichym jękiem. Jego towarzysz wymierzył do mnie z broni, ale uchyliłem się i walnąłem go pięścią w nos. Padł na ziemię, a ja od razu zająłem się kolejnymi mężczyznami, których wcale nie ubywało. Spora grupa. Przyszykowali się. Wypatrzyłem wąski korytarz zakończony uskokiem, więc odepchnąłem dwóch najbliższych agentów i wziąłem duży rozbieg. Jedna próba. Jeśli mi się nie uda, spadnę, skręcając sobie przy okazji kark. Wyskoczyłem, a kilka sekund później wylądowałem na dachu, tuż obok plecaka, który wcześniej tam rzuciłem. Ledwo się podniosłem z ziemi, a zobaczyłem śmigłowiec, z którego zaczęto do mnie strzelać. Nie patrzyłem na Steve’a. Obchodziła mnie tylko ucieczka. Wystarczyło zsunąć się z dachu i biec dalej, szukając ciaśniejszych uliczek, by nie mogli mnie tak łatwo złapać. Otworzyli ogień, a ja biegłem slalomem, by nie mogli mnie tak łatwo trafić.
 Musisz przeżyć. Powtarzałem sobie. Musisz przeżyć.
 Chcę dowiedzieć się prawdy o swojej przeszłości. Chcę sobie wszystko przypomnieć, a w więzieniu nie będę miał na to szans. Zamkną mnie w jakiejś ściśle strzeżonej celi, postawią przy niej dwóch uzbrojonych strażników, a dodatkowo potraktują mnie środkami odurzającymi i przywiążą mnie do jakiegoś krzesła. Jakoś mi taka wizja nie odpowiada. Po tylu latach życia pod ciągłymi rozkazami, chcę wolności. Chcę przypomnieć sobie, co znaczy być wolnym.
 Biegłem najszybciej jak umiałem. Wyprzedzałem samochody, starając się przy tym zgubić auta policyjne, które jednak nie ustępowały i cały czas jechały za mną. Wiedziałem, że Steve nie odpuścił i również stara się mnie dogonić. Nie mogę się zatrzymać. Nie będę czekał. Zobaczyłem nadjeżdżającego motocyklistę i zabrałem mu motor. Nawet się nie odwróciłem, by sprawdzić, czy podnosi się z jezdni. Po prostu jechałem przed siebie, przyspieszyłem, a w lusterku zobaczyłem, jak radiowozy zostają w tyle. Teraz tylko wystarczy odpowiednio wymanewrować i będę wolny. Podjechałem do jakiejś ciężarówki i przez kilkaset metrów trzymałem się blisko niej. Wreszcie zobaczyłem zjazd na lewo, więc przyspieszyłem, wymijając tira. Natychmiast wjechałem przed autobus jadący przede mną, a w lusterku zobaczyłem, jak samochody policyjne zjeżdżają na lewo. Udało mi się. Zgubiłem ich. Szybko się obejrzałem, by sprawdzić, czy Rogers za mną nie jedzie, ale oprócz rzędu kolorowych aut nie zobaczyłem nikogo. Dodałem gazu i jechałem tak przez kilkanaście minut, aż w końcu zatrzymałem się na obrzeżach miasta i zszedłem z motoru, po czym usiadłem na jakimś starym pudle. Przeczesałem prawą dłonią włosy i westchnąłem cicho, kręcąc głową.
 Prawie wpadłem. Gdybym ociągał się o kilka sekund, już byłbym w zamknięciu. Gdyby też Steve ich nie zatrzymał…
 Steve.
 Steve. Nie Rogers.
 Ktoś, kto mi pomógł. A ja nawet nie wiem, co się z nim stało. Złapali go za zdradę? W końcu pomógł kryminaliście. A może uciekł i się gdzieś zaszył? Szczerze wolałem, by sprawdziła się druga opcja. Czułem, że on mi może pomóc, ale zza krat tego nie zrobi. Musi być na wolności.
 Bucky.
 Znów tak do mnie powiedział. Czyli mam na imię Bucky?
 Bucky…
 Byłem jakiś czas temu w muzeum Kapitana Ameryki. Znalazłem tam notkę o mnie. O moim dawnym ja, które utraciłem. James ,,Bucky” Barnes – przyjaciel Steve’a Rogersa. Tylko jedna rzecz się nie zgadza. Według tych danych zginąłem na misji, spadając z pociągu. Wypadłem z wagonu.
Wagon…
Wagon towarowy.
Pociąg.
Ręka Steve’a próbująca złapać mnie za dłoń. I jego zrozpaczony wyraz twarzy, gdy spadałem.
Śnieg.
Zakrwawiona lewa ręka.
Lewa ręka…
Odruchowo spojrzałem na sztuczne ramię i skrzywiłem się. Pamiętam, jak zareagowałem pierwszy raz na ten widok – chciałem udusić lekarza, który stał przy moim stole operacyjnym. Nie mogłem się przyzwyczaić do nowej ręki. Ciągle coś gniotłem, niszczyłem, używałem za dużo siły. Nie potrafiłem się w nią wczuć. Przeszkadzała mi. Ale przynajmniej nie patrzyłem na krew.
 Żyłem.
 I nadal żyję. Mam szansę na odzyskanie wspomnień. Mam szansę na życie jako Bucky. Wprawdzie już nie będę tym samym chłopakiem, który kiedyś ciągle się śmiał i stawał w obronie swojego przyjaciela, ale może przynajmniej częściowo odzyskam dawne życie.

                                                                 ~*~

 Steve chodził w kółko po pokoju i łapał się za włosy, prawie je sobie przy tym wyrywając.
 - On tam był… - Mruczał. – On naprawdę tam był. Rozmawiałem z nim!
 Sam oraz Natasha siedzieli na kanapie i bacznie obserwowali jego zachowanie. Wiedzieli, że będzie chciał pomóc Bucky’emu, ale przez to, co zrobił, wpakował się tylko w tarapaty. Ich przy okazji też, w końcu są drużyną. Nie mogli jednak wiedzieć, co czuje Steve, bo nie przeżyli tego, co on. Nie walczyli na wojnie, nie stracili na misji najlepszego przyjaciela, a po siedemdziesięciu latach nie dowiedzieli się, że ten przyjaciel żyje, ale nie pamięta, kim był. Sami nie wiedzieli, co powinni zrobić – z jednej strony James jest poszukiwanym zabójcą, ale z drugiej… To, co robił, nie było do końca jego winą. Manipulowano nim. Wmawiano mu kłamstwa, sterowano jego umysłem. Nie można karać go za to, że dostał się do niewoli, gdzie wymazano mu wspomnienia. Ale można ukarać za masę morderstw. Jest tylko jeden problem – jeśli ukażą Zimowego Żołnierza, skażą na śmierć również Bucky’ego, który przez te wszystkie lata żył w swoim ciele zupełnie zapomniany i skryty w najciemniejszych czeluściach mózgu i serca mordercy. Niby to samo ciało, ale zupełnie różne osobowości. Jedna chce odzyskać pamięć i wrócić do normalnego ,,ja”, a druga zabija, bo została tego nauczona. To prawdziwa mieszanka wybuchowa. Nie można przewidzieć, kiedy Bucky straci nad sobą kontrolę i zamieni się w Zimowego Żołnierza. Dlatego właśnie musi zostać unieszkodliwiony, by nie zagrażał niewinnym ludziom.
 W dodatku ten atak na króla Wakandy…
 - Muszę go znów znaleźć. – Steve usiadł na fotelu i podparł dłońmi głowę.
 - A co zrobisz, jak go już znajdziesz? – Sam przeszył go czujnym spojrzeniem. – Jeśli nie będzie chciał słuchać, dojdzie pewnie do kolejnej walki.
 - Nie. – Rogers podniósł głowę. – On mnie poznał. Pamięta mnie.
 - Skąd wiesz, że teraz też tak jest? – Natasha splotła dłonie. – Jaką masz pewność, że cię nie zaatakuje przy pierwszej lepszej okazji?
Kapitan przez chwilę milczał, po czym sięgnął po akta Bucky’ego leżące na stoliku.
 - Nie mam pewności, ale zrobię wszystko, by mu pomóc. – W jego głosie była stanowczość i determinacja. – Ale potrzebuję pomocy. Bucky pewnie dobrze się ukryje, więc poszukiwania mogą być trudne.
 Sam i Natasha spojrzeli na siebie, po czym westchnęli ciężko i pokręcili głowami.
 - Za pomoc kryminaliście możemy trafić do więzienia. – Zauważył Wilson.
 - Mówiłem przecież, że nie musisz się w to ze mną pakować – odparł Steve.
 - Ale powiedziałem, że w to wchodzę i zdania nie zmienię. – Na twarzy Sama pojawił się nikły uśmiech. – Pomogę, pod warunkiem, że twój przyjaciel nie będzie chciał mnie zabić.
 - Wpakujesz nas w kłopoty – mruknęła Czarna Wdowa, ale wstała z kanapy, podeszła do Kapitana Ameryki i położyła mu dłoń na ramieniu. – Pamiętaj jednak, że jeśli Barnes zrobi coś, co może komuś z nas zagrozić, nie zawaham się go porządnie zranić.
 Steve skinął głową, a jego wzrok po raz kolejny tego dnia powędrował na akta Jamesa.
 Gdzie jesteś, Bucky?

                                                               ~*~

  Skręciłem w kolejną uliczkę, cały czas jeżdżąc po obrzeżach miasta. Robiłem się głodny, a zapasów jedzenia nie miałem w plecaku za dużo. W dodatku policja nadal krąży po mieście, a w gazetach są moje zdjęcia.

 Zimowy Żołnierz znów atakuje.
 Zimowy Żołnierz zabija króla Wakandy.
 Zimowy Żołnierz poszukiwany.

Ciągle tylko ten Zimowy Żołnierz. Byłem nim przez tyle lat i mam go dość. Jednak ciągle siedzi w mojej głowie i chce zabijać. Został do tego wyszkolony. Potrafię robić to, co on. Umiem walczyć, posługiwać się nowoczesną bronią… Jest jednak różnica. Ja nie chcę zabijać, a on tego pragnie. Tego nie da się pogodzić. Dwie tak kompletnie różne osobowości nie wytrzymają ze sobą w jednym ciele. Prędzej czy później któraś się podda. Czy jestem psychicznie gotowy, by zmierzyć się z Zimowym Żołnierzem? Wystarczy mi sił i wolnej woli? Nawet nie pamiętam swojej przeszłości… Za to on jej w ogóle nie ma. Został stworzony przez szalonych ludzi, którzy chcą władać światem. Jest traktowany jak broń, która ma niszczyć zagrożenia. To morderca. Bezwzględny zabójca, który nie zawaha się przed niczym. Gdybym wtedy nad rzeką nie przypomniał sobie Steve’a, Żołnierz by go zabił. Już teraz żałuję wszystkich, którzy zginęli z mojej ręki. Pamiętam te nazwiska, ale czuję, że Steve’a żałowałbym najbardziej.
 Spojrzałem w zachmurzone niebo i odgarnąłem ręką włosy z czoła. Znów zostałem bez dachu nad głową, więc muszę kraść, by mieć co jeść. Moje zapasy wkrótce się skończą, a nie mam zamiaru głodować. I znów trzeba się jakoś urządzić. Z każdym dniem prawdopodobieństwo rozpoznania mnie rośnie. Trudniej mi będzie znaleźć jakieś niewielkie mieszkanie, w którym mógłbym się zatrzymać przynajmniej na kilka dni. Nie mogę też długo zostać w jednym miejscu – ludzie prędzej czy później zorientowaliby się, kto chodzi po ulicach miasta. Zadzwoniliby na policję, a ja znów musiałbym uciekać. Ile bym tak wytrzymał? Wprawdzie zostałem wyszkolony, ale kiedyś i tak bym wpadł. Nie mogę wiecznie uciekać. Tylko co powinienem zrobić? Nie mam dokumentów, domu, pieniędzy, a części moich wspomnień nadal nie mogę sobie przypomnieć. Czego jeszcze mam spróbować, by odzyskać resztę wspomnień? Byłem już w Muzeum Kapitana Ameryki, ale pamiętałem wszystko, co tam było napisane. I zobaczyłem siebie… Zobaczyłem Bucky’ego. Niby podobny do mnie, ale jednocześnie tak bardzo się różnił. On prawie na każdym zdjęciu czy krótkim filmiku się uśmiechał, a ja? Zimny wzrok, powaga na twarzy i schowana metalowa ręka – tamten Bucky nie musiał tak żyć. Był normalnym człowiekiem i nie ukrywał swoich emocji.
 Byłem pewien jednego – nawet jeśli odzyskam całą pamięć, nie będę taką samą osobą, jak kilkadziesiąt lat temu. Jestem kimś pomiędzy Bucky’m a Zimowym Żołnierzem. Którego wybrać? Kto wygra tę walkę? Kim chcę być? Mam dość zabijania. Nieważne jak dokladnie myłbym ręce – krew moich ofiar nadal będzie na nich spoczywała. Nie pozbędę się tego do końca życia. Ludzie mnie nienawidzą. Nie wiedzą o mnie nic oprócz tego, że jestem zabójcą. Że Zimowy Żołnierz nim jest. Oskarżają go o wszystko, a ja przyjmuję te baty. Nic nie mogę na to poradzić. W sumie to im się nie dziwię. Sam pewnie postępowałbym podobnie. Po co poznawać zabójcę i jego historię? Łatwiej od razu skazać go na straty. Niech cierpi za krzywdy wyrządzone innym. Gdybym sam nie był tym mordercą, myślałbym dokładnie tak samo. Jednak będąc w takiej sytuacji…
 Z trudem to przyznaję, ale naprawdę potrzebuję pomocy. Jeśli Steve mi nie pomoże, służby specjalne wpadną na mój trop i mnie złapią. Nie chcę wylądować w więzieniu. Żałuję tego, co zrobiłem i gdybym mógł, cofnąłbym czas. To jest jednak niemożliwe, więc muszę żyć dalej, starając się wrócić do normalności. Muszę pozbyć się z głowy Zimowego Żołnierza. Muszę znaleźć kogoś, kto mi pomoże. Najlepiej jakiegoś lekarza. Ale który doktor zdecyduje się pomóc mordercy? Musiałbym użyć szantażu, a to oznacza, że zabójca miałby większe pole do popisu. Mógłby wykorzystać sytuację i kogoś zabić. A tego wolałbym uniknąć. Nie mam zamiaru pakować się w jeszcze większe kłopoty. I tak wystarczą mi dokonane przeze mnie zbrodnie oraz to, że ktoś mnie wrobił w zabicie króla Wakandy. Nawet jeśli by mnie złapali i powiedziałbym, że to nie ja prowadziłem ostatni atak, nikt by mi nie uwierzył. Nikt, oprócz jednej osoby – Steve’a Rogersa. Tylko jak go znaleźć, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń i nie ściągnąć na siebie jakiegoś patrolu?
  Zatrzymałem się na obrzeżach miasta przy jakiejś szopie i wprowadziłem motor do środka. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale nie zauważyłem niczego ciekawego. Był tu drewniany stół, jakaś szafka ze starymi narzędziami i doniczka ze zwiędły kwiatem. Albo raczej tym, co po tym kwiatku zostało. Westchnąłem cicho i oparłem swój pojazd o najbliższą ścianę, a plecak położyłem na podłodze obok niego. Nastał wieczór, więc nie pozostało mi nic innego, jak przenocować w tej szopie. Cóż, zawsze jakiś dach nad głową. Przynajmniej nie będę musiał łazić całą noc po mieście bez żadnego konkretnego powodu. Już wolałem to swoje małe, niewygodne mieszkanie, z którego byłem zmuszony dziś uciekać, ale nawet zwykły magazynek jest lepszy od spania pod gołym niebem.
 Położyłem się na stole, a pod głowę podłożyłem prawe przedramię. Podrapałem się po brzuchu i zignorowałem ciche burczenie. Muszę oszczędzać zapasy, więc póki nie będę umierał z głodu, nie zjem niczego, co mam w plecaku. Odkąd pamiętam musiałem oszczędzać – począwszy od czasów wojennych, a skończywszy na obecnej sytuacji. Szkolono mnie na doskonałego zabójcę, który nie boi się żadnych warunków. Potrafi zabić wszędzie. Z ranną nogą bądź pustym żołądkiem. Wytrzymam z głodem tak długo, jak to możliwe, a później będę się martwić o racje żywnościowe. Znów ukradnę kilka portfeli, wyjmę z nich gotówkę, a potem wyrzucę je do kosza wraz z dokumentami. Nabrałem już w tym wprawy – takie kradzieże to dla mnie pestka. Jednak na razie zapowiada się na to, że przez dość długi czas będę musiał tak żyć. Niezgodnie z prawem. Chyba taki los mnie czeka. Los oszusta i poszukiwanego kryminalisty.

  Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi. Momentalnie zerwałem się na równe nogi i spojrzałem na próg, w którym stał trzydziestoparoletni mężczyzna ze śrubokrętem w dłoni i przerażonym wyrazem twarzy. Patrzył na mnie oniemiały, a kiedy zszedłem ze stołu, cofnął się i potknął o własne nogi, upadając przy tym na ziemię. Jeśli go puszczę wolno, powie o wszystkim policji. Jeśli go zabiję, Żołnierz ze mną wygra i zostanę obciążony kolejnym zabójstwem. Jeśli ucieknę najszybciej jak się da, powinienem zdążyć się wystarczająco oddalić, by służby specjalne mnie nie złapały.
 Decyzję podjąłem w pół sekundy – podszedłem do mężczyzny i złapałem go za szyję, po czym podniosłem do góry i chwilę tak przytrzymałem. Oddychał. Popchnąłem go na ścianę, o którą dość mocno się obił, a następnie zabrałem szybko swój plecak, wyprowadziłem motor z szopy i pojechałem w stronę centrum miasta. Ciekawe, kiedy ten mężczyzna się ocknie? Mam nadzieję, że nie użyłem za dużo siły. Nie ścisnąłem go za gardło aż tak mocno, więc za kilkanaście minut powinien dojść do siebie. Pewnie zadzwoni na policję, która dołoży do mojej listy zbrodni napaść i pobicie. Jakby i tak nie planowali mi dać dożywocia bądź skazać mnie na śmierć. Po co ciągle dopisują coś do moich przestępstw?
 Zostawiłem motor na jakimś prawie pustym parkingu, po czym rozejrzałem się dokładnie wokół. Kilu ludzi szło ulicą, ale nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Wszyscy byli wpatrzeni w telefony bądź z kimś rozmawiali. Mieli rodzinę, bliskich, przyjaciół… A ja? Ciągle sam. I chyba już zawsze tak zostanie. Jedyną osobą, która uważa się za mojego przyjaciela, jest Steve. Jeśli poszedłbym do niego po pomoc, pewnie by mi jej udzielił. Sam powiedział, że chce pomóc. Jednak on ma teraz grupę osób, z którym pracuje na co dzień. A ci ludzie na pewno mnie nie zaakceptują. Będą chcieli mnie wydać, skazać do najgorszego możliwego więzienia. Steve musiałby wybrać między mną a nimi. I chyba z góry wiadomo, po czyjej stronie by stanął. On ma teraz przyjaciół, którzy walczą u jego boku. Ja jestem jedynie cieniem dawnego Bucky’ego, który stara się odzyskać wszystkie wspomnienia. Po co ktoś miałby marnować dla mnie czas?
 Usiadłem na najbliższej ławce w pobliskim parku i wyjąłem z plecaka jakieś wafle ryżowe. Wziąłem je tylko dlatego, że miały długi termin ważności i były pożywne. Dzięki nim nie padnę z głodu. Kto by pomyślał, że kiedyś będę musiał tak żyć? Nawet czasu wojny były lepsze od tego – wtedy przynajmniej nie musiałem kraść i byłem uważany za normalnego człowieka. Teraz moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni – zostałem złodziejem, mordercą i poszukuje mnie masa sił zbrojnych, które pragną mojej śmierci. Może być jeszcze gorzej?

 W ciągu kolejnej dobry ukradłem pięć portfeli, wyjąłem z nich gotówkę, a potem wyrzuciłem je do kosza wraz z dokumentami. Postanowiłem pójść do sklepu kupić coś do jedzenia i picia. Nawet ja mam pewne granice, których wolę nie przekraczać. A głodowanie się do nich zalicza. Muszę mieć siły by racjonalnie myśleć i w razie potrzeby uciekać bądź walczyć. Gdybym padł z głodu na środku ulicy, chyba bym się ze wstydu zapadł pod ziemię.
 Przechodziłem przez park, a w ręku trzymałem drożdżówkę i butelkę wody. Do tej pory nikt mnie nie poznał. Nie miałem na sobie jakiegoś dobrego kamuflażu, ale jak widać na razie sportowa kurtka i czapka z daszkiem wystarczą. I oby się to szybko nie skończyło.
 Usiadłem na jednej z drewnianych ławek, a na ziemi zobaczyłem poranną gazetę. Szybko omiotłem wzrokiem pierwszą stronę, a gdy ujrzałem wielki czarny napis ze zdjęciem starej szopy, wiedziałem, że policja dopisze do mojej listy kolejną zbrodnię.

 ,,W starej szopie na obrzeżach miasta został zamordowany młody mężczyzna. Sprawca nieznany.”

________________________________________________________________________________





poniedziałek, 27 czerwca 2016

To tak na początek...

Witam wszystkich! :D

 To jest mój drugi blog, który swoją tematyką w ogóle nie nawiązuje do pierwszego. Opowiadania, które będę tu zamieszczała, dotyczą serii filmów o Kapitanie Ameryce. Tak, kocham je <3 trudno się domyślić, nie? ;P
Głównym bohaterem będą: Bucky (tak, kocham go *.*), ale też Steve ze swoją drużyną. Bucky będzie tu dość... A zresztą nic wam nie powiem xD Nie będę nic zdradzać :D Mam tylko nadzieję, że wam się spodoba ;) Nie wiem, co jaki czas będę tu cokolwiek zamieszczać, ale, ze względu na drugiego bloga,  odstępy czasowe między postami mogą być czasem długie. Zresztą zobaczy się ;P Wyjdzie, jak wyjdzie :D

To może teraz coś o sobie? ;P

*jestem dziewczyną (kto by się spodziewał xD)
*nastolatka (całkiem blisko 18)
*dużo czytam (i książki, i blogi)
*piszę własne opowiadania (przynajmniej próbuję)
*lubię psy; mam jednego :D
*z ,,Kapitana.." lubię wiele postaci, m.in.: Steve, Bucky, Czarna Wdowa, Sam itd...
*nie lubię robaków, pająków itp.
*lubię filmy akcji, science-fiction, przygodowe, fantasy i dobre komedie, za to nie oglądam romantycznych (;P)
*lubię grać w siatkę :3

Jak byście chcieli się czegoś więcej dowiedzieć, to piszcie śmiało! ;)

A tu macie linka do drugiego bloga! --->    KLIK  Jest to blog dotyczący głównie ,,Kuroko no Basket", ale zamówienia też czasem przyjmuję ;)

Niedługo pojawi się pierwszy rozdział opowiadania ,,Druga szansa" :3 :D

Miłej nocki! ;*

Ps. Wszelkie komentarze będą mile widziane, bo nie tylko motywują do dalszej pracy, ale też pomagają znaleźć błędy, więc nie bójcie się ich mi wytykać! ;)