Cześć!
Wstawiam dziś pierwszy rozdział na tym blogu :D Mam nadzieję, że się wam spodoba ^^ Jak pewnie zauważycie, jest pisany głównie z perspektywy Bucky'ego, aczkolwiek są przerywniki dotyczące Steve'a i jego drużyny. Raz będę krótsze, raz dłuższe, ale opowiadanie będzie w większości dotyczyło Bucky'ego ;)
Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Miłego czytania!
Wszelkie komentarze mile widziane! :D ;)
_________________________________________________________________________________
Znów to zrobili. Znów wykasowali mi pamięć. Znów zabrali mi wspomnienia. Czemu? Bo się boją, że jeśli sobie wszystko przypomnę, to stanę się dla nich zagrożeniem. Ciągle mi wmawiali, że od zawsze byłem szkolony na zabójcę, na Zimowego Żołnierza. Ale gdyby tak było, to nie musieliby kasować mi co jakiś czas pamięci. Ukrywali coś przede mną i nie chcieli, żebym to odkrył. Nie pozwalali mi odnaleźć prawdziwego siebie. A po uszkadzaniu pamięci i wypowiedzeniu kilkunastu odpowiednich słów, staję się potulnym żołnierzykiem, który wykona każdy rozkaz.
Wstawiam dziś pierwszy rozdział na tym blogu :D Mam nadzieję, że się wam spodoba ^^ Jak pewnie zauważycie, jest pisany głównie z perspektywy Bucky'ego, aczkolwiek są przerywniki dotyczące Steve'a i jego drużyny. Raz będę krótsze, raz dłuższe, ale opowiadanie będzie w większości dotyczyło Bucky'ego ;)
Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Miłego czytania!
Wszelkie komentarze mile widziane! :D ;)
_________________________________________________________________________________
Znów to zrobili. Znów wykasowali mi pamięć. Znów zabrali mi wspomnienia. Czemu? Bo się boją, że jeśli sobie wszystko przypomnę, to stanę się dla nich zagrożeniem. Ciągle mi wmawiali, że od zawsze byłem szkolony na zabójcę, na Zimowego Żołnierza. Ale gdyby tak było, to nie musieliby kasować mi co jakiś czas pamięci. Ukrywali coś przede mną i nie chcieli, żebym to odkrył. Nie pozwalali mi odnaleźć prawdziwego siebie. A po uszkadzaniu pamięci i wypowiedzeniu kilkunastu odpowiednich słów, staję się potulnym żołnierzykiem, który wykona każdy rozkaz.
Każdy.
Ostatnią misję jednak zawaliłem. Steve Rogers,
moja niedoszła ofiara, nadal żyje. A ja nie chcę kończyć tej misji. Z jakiegoś
powodu nie umiałem go zabić. Miałem przeczucie, że już go wcześniej spotkałem.
Nie. Jestem pewien, że go znam. I nie widziałem
go na jednej z misji. Znałem go już wcześniej, czuję to. W dodatku nazwał mnie
swoim przyjacielem. A może mnie z kimś pomylił? Nie, widziałem to na jego
twarzy. Był pewien tego, co mówił. Chciał, bym sobie przypomniał.
Ale ja nie potrafię. Nawet jeśli bym chciał,
nie umiem przypomnieć sobie tego, co się działo kiedyś. Domyślam się, że to
ważne, że dzięki temu odnajdę prawdziwego siebie, ale po prostu nie dam rady.
Musiałem być posłuszną kukiełką, bo inaczej by mnie zabili, albo w najlepszym
wypadku skazali na długie i bolesne tortury. Aż wzdrygnąłem się na myśl o
krześle elektrycznym bądź o nożach wbijających mi się w ciało. Wprawdzie moje
rany goją się dużo szybciej niż u normalnych ludzi, ale ból pozostaje. Straszny
ból, który rozrywa mi mięśnie. A to wszystko dla dyscypliny. Bym był
podporządkowany. O n i nie lubią nieposłusznych żołnierzy. Wszystko
ma być tak, jak zaplanowali. Porażka nie wchodzi w grę.
Kiedy im powiedziałem, że skądś znam gościa, z
którym walczyłem, oni od razu temu zaprzeczyli i starali się mi wmówić, że
spotkałem go niedawno na misji. Nie uwierzyłem. Nie chciałem wierzyć. Czułem,
że mnie okłamywali. Ale nic nie mogłem zrobić. Po tym, jak wykasowali mi
pamięć, stałem się ponownie Zimowym Żołnierzem. Zabójcą. Byłem gotowy go zabić.
Walczyłem z nim. Biłem go. Wyżywałem się na nim. A on to znosił, mówiąc, że nie
chce ze mną walczyć. Odrzucił nawet swoją tarczę, która zawsze jest jego partnerką
podczas walki. Pozwalał mi okładać się pięściami. Czułem, że nie powinienem go
zabijać. Było w nim coś, co wyglądało znajomo.
Znałem
go.
Zbierało mi się wtedy na płacz. Patrzyłem na
niego i widziałem w nim jednocześnie wroga i kogoś, komu mógłbym zaufać.
,,Będę z
tobą do końca”.
Gdyby nie wypowiedział tych słów,
prawdopodobnie już byłby martwy. Kiedy je usłyszałem, poczułem, że brzmią
znajomo. Na pewno je wcześniej słyszałem. A może to ja tak powiedziałem? Sam
nie wiem. Pogubiłem się.
Nie potrafiłem go wtedy zabić. Gdy spadał do
rzeki, skoczyłem za nim i go wyciągnąłem. To był odruch. Moje ciało zareagowało
instynktownie. Jednak kiedy zobaczyłem, że oddycha, poczułem… ulgę. To aż
dziwnie brzmi. Wyszkolony zabójca cieszy się, że jego niedoszła ofiara
przeżyła. Co się ze mną dzieje? Czyżby cząstka dawnego mnie dawała o sobie
jakiś znak? Czy Bucky, do którego Kapitan się zwracał, jest taki empatyczny i
współczujący? Jak wygląda i zachowuje się prawdziwy ja? Kim byłem? Kim się
stałem?
Masa podobnych pytań kłębiła się w mojej
głowie, a ja nie umiałem znaleźć na nie odpowiedzi. Czułem się zagubiony, jakbym
stracił coś ważnego. Coś, bez czego nie da się normalnie żyć. Gdzie znajdę te
odpowiedzi? Kiedy będę mógł skrócić listę tych wszystkich niewiadomych? Kiedy
odnajdę prawdziwego siebie?
Stałem się zbiegiem. Poszukiwanym zabójcą,
którego poszukują chyba wszystkie grupy śledcze w całej Ameryce. Na każdym rogu
ulicy może czaić się ktoś, kto chce mnie pojmać. Nie mogę dać się złapać. Jeśli
trafię na stół do jakiegoś szalonego doktora, nigdy nie odzyskam wspomnień. Nie
przypomnę sobie, kim byłem. Jednak czuję, że by to zrobić, muszę się prędzej
czy później spotkać z tym całym Steve’m. On jest jedyną osobą, która może mi w
tym pomóc. Tylko czy mogę mu zaufać? Jestem pewien, że go znałem, ale on zawsze
pałęta się gdzieś ze swoimi kumplami, z którymi ratuje świat. A oni mi nie
pomogą. Będą chcieli mnie zamknąć, unieszkodliwić. Co mi pozostaje? Iść dalej
przed siebie i nie dać się złapać.
Kto by pomyślał, że Zimowy Żołnierz będzie
zmuszony do ukrywania się w małym, ciasnym mieszkanku, by móc przeżyć? Muszę
kraść, by mieć pieniądze na jedzenie i jakieś ubrania. Codziennie chodzę po
mieście, by poznać okolicę na wypadek nagłej ucieczki, ale to wiąże się z
ogromnym ryzykiem. Chwila nieuwagi i będę miał pościg na karku. Jedna wpadka i
po mnie.
Rozejrzałem się po ulicy i dostrzegłem na
ławce jakąś gazetę. Wziąłem ją i poczułem, jak coś się we mnie gotuje. Na
pierwszej stronie był napis: ,,Zimowy
Żołnierz znów zaatakował.”. Zacisnąłem wargi i przełknąłem ślinę. Wrobiono
mnie. Ktoś mnie wrobił. Może i jestem odpowiedzialny za wiele morderstw i
kradzieży, ale nie zabiłem króla Wakandy! Nawet nie było mnie w tamtych
okolicach. Najłatwiej jednak zwalić winę na kogoś, kto i tak już jest obarczony
masą innych przestępstw. Nikt się nawet nie będzie zastanawiał nad tym, czy
artykuł jest prawdziwy. Po prostu oskarżają, nie szukając nawet innych winnych.
Czemu? Bo według ich logiki winnym jest tylko jedna osoba – Zimowy Żołnierz.
Ktoś, kim nie chcę już więcej być. Chcę z nim skończyć, ale nie potrafię. Za
długo nim byłem, by teraz tak nagle z tym skończyć. Nadal mam go w swojej
głowie, a pozbycie się go jest dla mnie na razie niemożliwe.
Spojrzałem w prawo i zobaczyłem, że jakiś
mężczyzna patrzy raz na mnie, raz na gazetę. Zrobił wielkie oczy i wstał z
ławki, szybko się oddalając. Rozpoznał mnie. Wiedział, że to ja. Jeden głos w
mojej głowie nakazywał mi wrócić szybko po swoje rzeczy i uciekać, a drugi
chciał, bym pobiegł za mężczyzną i go zabił. Już zrobiłem kilka kroków w
stronę, w którą poszedł, ale wziąłem głęboki wdech i skierowałem się do swojego
tymczasowego mieszkania, które jeszcze dziś będę musiał opuścić. Facet, który
mnie widział, pewnie zdążył już zawiadomić policję lub inne służby ochronne,
więc miałem niewiele czasu, by uciec. Wdrapałem się szybko na dwudzieste piąte
piętro i wszedłem po cichu do swojego mieszkania. Coś było nie tak. Ktoś tu
był. Zrobiłem kilka cichych kroków i znalazłem się w pokoju dziennym, który był
połączony z kuchnią. I wtedy go zobaczyłem. Swoją niedoszłą ofiarę, która
nazwała mnie przyjacielem.
Steve Rogers odwrócił się, trzymając w ręku
mój notes. Mimowolnie zadrżałem, widząc jego spojrzenie pełne ulgi, ale
jednocześnie niepokoju. Jeszcze tego obrońcy prawa mi tu brakowało…
- Pamiętasz mnie? – Spytał.
Przez
chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie chciałem tak po prostu mówić, że
przypomniałem sobie część swojego dawnego życia. Nie miałem czasu na
pogaduszki. Siły specjalnie zbliżały się do mojego mieszkania, a ja z każdą
sekundą miałem mniej czasu na ucieczkę.
- Jesteś Steve – powiedziałem, ani na moment
nie spuszczając z niego wzroku. – Czytałem o tobie w muzeum.
- Nie. – Odłożył mój notes na szafkę. – Musiałeś
mnie sobie przypomnieć. Inaczej nie wyciągnąłbyś mnie z rzeki.
Rzeka.
To tam przekonałem się, że na tym świecie jest
ktoś, kto nie chce mnie zabijać. Ktoś, kto z własnej głupoty uważa mnie za
przyjaciela. Zabójca mnie może mieć przyjaciół. Wszyscy boją się morderców, nie
chcą z nimi przebywać i mają do tego pełne prawo. Ja nie jestem wyjątkiem.
Dlaczego więc Steve Rogers myśli, że tak łatwo odbuduje między nami coś, czego
nawet do końca nie pamiętam? Po co tu przylazł? Opóźnia tylko moją ucieczkę.
Nie chciałem z nim walczyć. Nie chciałem
zabijać. Nie jego. I nie ludzi, którzy po mnie przyszli. Nie chciałem zabijać
nikogo, a szczególnie niewinnych. Pragnąłem tylko wolności, możliwości
ucieczki. To aż tak wiele? Dla rządzących najwyraźniej tak. Nie chcą pozwolić
chodzić po ulicach jednemu z najgroźniejszych zabójców świata.
- To był odruch.
- Z jakiegoś powodu tak zareagowałeś. – Nie
odpuszczał. Wyjątkowo uparty. – Posłuchaj, Bucky. – Naprawdę mam tak na imię?
Bucky? – Za kilka sekund będą tu siły specjalne, które chcą cię pojmać. – Jak
za zawołanie usłyszeliśmy głośny początek odliczania. – Walka nie jest
właściwym rozwiązaniem. Nie musisz walczyć.
- A co mam niby robić? – Syknąłem, a metalową
ręką stłukłem szybę w oknie. – Muszę walczyć, bo chcę przeżyć.
- Pomogę ci. – W jego spojrzeniu była
determinacja. – Ale musisz mi zaufać.
Usłyszeliśmy głośne ,,Jeden!”, po czym drzwi
do mojego mieszkania zostały prawie wyważone. Przepchnąłem Steve’a i podszedłem
do okna, by ocenić sytuację. Naprzeciwko budynku, w którym mieszkałem,
znajdował się niższy dach. Zauważyłem go już pierwszego dnia i wiedziałem, że w
razie potrzeby będzie dobrą drogą ucieczki.
Rogers chwycił mnie za kaptur bluzy i obrócił
tak, że musiałem spojrzeć w jego oczy.
- Bucky, nie musisz nikogo zabijać!
Wyszarpnąłem mu się i popchnąłem go na
podłogę, po czym sztuczną ręką zrobiłem w podłodze dziurę, w której ukryty był
mój plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami.
- Nie mam zamiaru nikogo więcej zabijać.
Wyrzuciłem bagaż za okno, prosto na dach
niższego budynku. Pobiegłem do drzwi i uderzyłem w głowę pierwszego agenta,
którego zobaczyłem. Kątem oka zauważyłem, że Steve stara się zatrzymać
policjantów wchodzących przez okno.
Naprawdę
mi pomaga.
Przepchnąłem się na klatkę schodową, gdzie
znokautowałem kolejnych kilku agentów. Osłoniłem się metalową ręką i wyrwałem
jakiemuś mężczyźnie pistolet z ręki, a następnie uderzyłem nim dwóch żołnierzy.
Walka. Znów muszę walczyć, by przetrwać. Jak
nie walka z rozkazu, to z przymusu, by zachować życie. Czy mój żywot ciągle
skupia się na waleniu innych? Zawsze tak było? Pamiętam trochę z czasów wojny.
Wtedy też walczyłem i używałem karabinów. Byłem raz w niewoli, ale o n mnie uwolnił. Steve tam wtedy był.
Przyszedł po mnie. Może on jednak naprawdę był moim przyjacielem?
- Bucky, dół! – Krzyknął nagle, a ja od razu
zrozumiałem.
Kucnąłem, a nad głową przeleciała mi jego
tarcza i zwaliła z nóg trzech agentów. Spojrzałem na niego, a on kiwnął mi
tylko głową na niższe piętra. Rogers jest pierwszą osobą od wielu lat, która mi
pomaga. Nie chce mnie pojmać. Chce pomóc. Ale czy ja tę pomoc potrafię przyjąć?
Zeskoczyłem na niższe piętro i kopnąłem
jednego z policjantów w brzuch. Obił się o ścianę i upadł z cichym jękiem. Jego
towarzysz wymierzył do mnie z broni, ale uchyliłem się i walnąłem go pięścią w
nos. Padł na ziemię, a ja od razu zająłem się kolejnymi mężczyznami, których
wcale nie ubywało. Spora grupa. Przyszykowali się. Wypatrzyłem wąski korytarz
zakończony uskokiem, więc odepchnąłem dwóch najbliższych agentów i wziąłem duży
rozbieg. Jedna próba. Jeśli mi się nie uda, spadnę, skręcając sobie przy okazji
kark. Wyskoczyłem, a kilka sekund później wylądowałem na dachu, tuż obok
plecaka, który wcześniej tam rzuciłem. Ledwo się podniosłem z ziemi, a
zobaczyłem śmigłowiec, z którego zaczęto do mnie strzelać. Nie patrzyłem na
Steve’a. Obchodziła mnie tylko ucieczka. Wystarczyło zsunąć się z dachu i biec
dalej, szukając ciaśniejszych uliczek, by nie mogli mnie tak łatwo złapać. Otworzyli
ogień, a ja biegłem slalomem, by nie mogli mnie tak łatwo trafić.
Musisz
przeżyć. Powtarzałem sobie. Musisz
przeżyć.
Chcę dowiedzieć się prawdy o swojej
przeszłości. Chcę sobie wszystko przypomnieć, a w więzieniu nie będę miał na to
szans. Zamkną mnie w jakiejś ściśle strzeżonej celi, postawią przy niej dwóch
uzbrojonych strażników, a dodatkowo potraktują mnie środkami odurzającymi i
przywiążą mnie do jakiegoś krzesła. Jakoś mi taka wizja nie odpowiada. Po tylu
latach życia pod ciągłymi rozkazami, chcę wolności. Chcę przypomnieć sobie, co
znaczy być wolnym.
Biegłem najszybciej jak umiałem. Wyprzedzałem
samochody, starając się przy tym zgubić auta policyjne, które jednak nie
ustępowały i cały czas jechały za mną. Wiedziałem, że Steve nie odpuścił i
również stara się mnie dogonić. Nie mogę się zatrzymać. Nie będę czekał.
Zobaczyłem nadjeżdżającego motocyklistę i zabrałem mu motor. Nawet się nie odwróciłem,
by sprawdzić, czy podnosi się z jezdni. Po prostu jechałem przed siebie,
przyspieszyłem, a w lusterku zobaczyłem, jak radiowozy zostają w tyle. Teraz
tylko wystarczy odpowiednio wymanewrować i będę wolny. Podjechałem do jakiejś
ciężarówki i przez kilkaset metrów trzymałem się blisko niej. Wreszcie
zobaczyłem zjazd na lewo, więc przyspieszyłem, wymijając tira. Natychmiast
wjechałem przed autobus jadący przede mną, a w lusterku zobaczyłem, jak
samochody policyjne zjeżdżają na lewo. Udało mi się. Zgubiłem ich. Szybko się
obejrzałem, by sprawdzić, czy Rogers za mną nie jedzie, ale oprócz rzędu
kolorowych aut nie zobaczyłem nikogo. Dodałem gazu i jechałem tak przez
kilkanaście minut, aż w końcu zatrzymałem się na obrzeżach miasta i zszedłem z
motoru, po czym usiadłem na jakimś starym pudle. Przeczesałem prawą dłonią
włosy i westchnąłem cicho, kręcąc głową.
Prawie wpadłem. Gdybym ociągał się o kilka
sekund, już byłbym w zamknięciu. Gdyby też Steve ich nie zatrzymał…
Steve.
Steve. Nie Rogers.
Ktoś, kto mi pomógł. A ja nawet nie wiem, co
się z nim stało. Złapali go za zdradę? W końcu pomógł kryminaliście. A może
uciekł i się gdzieś zaszył? Szczerze wolałem, by sprawdziła się druga opcja.
Czułem, że on mi może pomóc, ale zza krat tego nie zrobi. Musi być na wolności.
Bucky.
Znów tak do mnie powiedział. Czyli mam na imię
Bucky?
Bucky…
Byłem jakiś czas temu w muzeum Kapitana
Ameryki. Znalazłem tam notkę o mnie. O moim dawnym ja, które utraciłem. James
,,Bucky” Barnes – przyjaciel Steve’a Rogersa. Tylko jedna rzecz się nie zgadza.
Według tych danych zginąłem na misji, spadając z pociągu. Wypadłem z wagonu.
Wagon…
Wagon
towarowy.
Pociąg.
Ręka
Steve’a próbująca złapać mnie za dłoń. I jego zrozpaczony wyraz twarzy, gdy
spadałem.
Śnieg.
Zakrwawiona
lewa ręka.
Lewa
ręka…
Odruchowo
spojrzałem na sztuczne ramię i skrzywiłem się. Pamiętam, jak zareagowałem
pierwszy raz na ten widok – chciałem udusić lekarza, który stał przy moim stole
operacyjnym. Nie mogłem się przyzwyczaić do nowej ręki. Ciągle coś gniotłem,
niszczyłem, używałem za dużo siły. Nie potrafiłem się w nią wczuć. Przeszkadzała
mi. Ale przynajmniej nie patrzyłem na krew.
Żyłem.
I nadal żyję. Mam szansę na odzyskanie
wspomnień. Mam szansę na życie jako Bucky. Wprawdzie już nie będę tym samym
chłopakiem, który kiedyś ciągle się śmiał i stawał w obronie swojego
przyjaciela, ale może przynajmniej częściowo odzyskam dawne życie.
~*~
Steve chodził w kółko po pokoju i łapał się za
włosy, prawie je sobie przy tym wyrywając.
- On tam był… - Mruczał. – On naprawdę tam
był. Rozmawiałem z nim!
Sam oraz Natasha siedzieli na kanapie i
bacznie obserwowali jego zachowanie. Wiedzieli, że będzie chciał pomóc
Bucky’emu, ale przez to, co zrobił, wpakował się tylko w tarapaty. Ich przy
okazji też, w końcu są drużyną. Nie mogli jednak wiedzieć, co czuje Steve, bo
nie przeżyli tego, co on. Nie walczyli na wojnie, nie stracili na misji
najlepszego przyjaciela, a po siedemdziesięciu latach nie dowiedzieli się, że
ten przyjaciel żyje, ale nie pamięta, kim był. Sami nie wiedzieli, co powinni
zrobić – z jednej strony James jest poszukiwanym zabójcą, ale z drugiej… To, co
robił, nie było do końca jego winą. Manipulowano nim. Wmawiano mu kłamstwa,
sterowano jego umysłem. Nie można karać go za to, że dostał się do niewoli,
gdzie wymazano mu wspomnienia. Ale można ukarać za masę morderstw. Jest tylko
jeden problem – jeśli ukażą Zimowego Żołnierza, skażą na śmierć również
Bucky’ego, który przez te wszystkie lata żył w swoim ciele zupełnie zapomniany
i skryty w najciemniejszych czeluściach mózgu i serca mordercy. Niby to samo
ciało, ale zupełnie różne osobowości. Jedna chce odzyskać pamięć i wrócić do
normalnego ,,ja”, a druga zabija, bo została tego nauczona. To prawdziwa
mieszanka wybuchowa. Nie można przewidzieć, kiedy Bucky straci nad sobą
kontrolę i zamieni się w Zimowego Żołnierza. Dlatego właśnie musi zostać
unieszkodliwiony, by nie zagrażał niewinnym ludziom.
W dodatku ten atak na króla Wakandy…
- Muszę go znów znaleźć. – Steve usiadł na
fotelu i podparł dłońmi głowę.
- A co zrobisz, jak go już znajdziesz? – Sam
przeszył go czujnym spojrzeniem. – Jeśli nie będzie chciał słuchać, dojdzie
pewnie do kolejnej walki.
- Nie. – Rogers podniósł głowę. – On mnie
poznał. Pamięta mnie.
- Skąd wiesz, że teraz też tak jest? – Natasha
splotła dłonie. – Jaką masz pewność, że cię nie zaatakuje przy pierwszej
lepszej okazji?
Kapitan
przez chwilę milczał, po czym sięgnął po akta Bucky’ego leżące na stoliku.
- Nie mam pewności, ale zrobię wszystko, by mu
pomóc. – W jego głosie była stanowczość i determinacja. – Ale potrzebuję
pomocy. Bucky pewnie dobrze się ukryje, więc poszukiwania mogą być trudne.
Sam i Natasha spojrzeli na siebie, po czym
westchnęli ciężko i pokręcili głowami.
- Za pomoc kryminaliście możemy trafić do
więzienia. – Zauważył Wilson.
- Mówiłem przecież, że nie musisz się w to ze
mną pakować – odparł Steve.
- Ale powiedziałem, że w to wchodzę i zdania
nie zmienię. – Na twarzy Sama pojawił się nikły uśmiech. – Pomogę, pod
warunkiem, że twój przyjaciel nie będzie chciał mnie zabić.
- Wpakujesz nas w kłopoty – mruknęła Czarna
Wdowa, ale wstała z kanapy, podeszła do Kapitana Ameryki i położyła mu dłoń na
ramieniu. – Pamiętaj jednak, że jeśli Barnes zrobi coś, co może komuś z nas
zagrozić, nie zawaham się go porządnie zranić.
Steve skinął głową, a jego wzrok po raz kolejny
tego dnia powędrował na akta Jamesa.
Gdzie
jesteś, Bucky?
~*~
Skręciłem w kolejną uliczkę, cały czas
jeżdżąc po obrzeżach miasta. Robiłem się głodny, a zapasów jedzenia nie miałem
w plecaku za dużo. W dodatku policja nadal krąży po mieście, a w gazetach są
moje zdjęcia.
Zimowy Żołnierz znów atakuje.
Zimowy Żołnierz zabija króla Wakandy.
Zimowy Żołnierz poszukiwany.
Ciągle tylko ten Zimowy Żołnierz. Byłem nim
przez tyle lat i mam go dość. Jednak ciągle siedzi w mojej głowie i chce
zabijać. Został do tego wyszkolony. Potrafię robić to, co on. Umiem walczyć,
posługiwać się nowoczesną bronią… Jest jednak różnica. Ja nie chcę zabijać, a on
tego pragnie. Tego nie da się pogodzić. Dwie tak kompletnie różne osobowości
nie wytrzymają ze sobą w jednym ciele. Prędzej czy później któraś się podda. Czy
jestem psychicznie gotowy, by zmierzyć się z Zimowym Żołnierzem? Wystarczy mi
sił i wolnej woli? Nawet nie pamiętam swojej przeszłości… Za to on jej w ogóle
nie ma. Został stworzony przez szalonych ludzi, którzy chcą władać światem.
Jest traktowany jak broń, która ma niszczyć zagrożenia. To morderca.
Bezwzględny zabójca, który nie zawaha się przed niczym. Gdybym wtedy nad rzeką
nie przypomniał sobie Steve’a, Żołnierz by go zabił. Już teraz żałuję
wszystkich, którzy zginęli z mojej ręki. Pamiętam te nazwiska, ale czuję, że
Steve’a żałowałbym najbardziej.
Spojrzałem w zachmurzone niebo i odgarnąłem
ręką włosy z czoła. Znów zostałem bez dachu nad głową, więc muszę kraść, by
mieć co jeść. Moje zapasy wkrótce się skończą, a nie mam zamiaru głodować. I
znów trzeba się jakoś urządzić. Z każdym dniem prawdopodobieństwo rozpoznania
mnie rośnie. Trudniej mi będzie znaleźć jakieś niewielkie mieszkanie, w którym
mógłbym się zatrzymać przynajmniej na kilka dni. Nie mogę też długo zostać w
jednym miejscu – ludzie prędzej czy później zorientowaliby się, kto chodzi po
ulicach miasta. Zadzwoniliby na policję, a ja znów musiałbym uciekać. Ile bym
tak wytrzymał? Wprawdzie zostałem wyszkolony, ale kiedyś i tak bym wpadł. Nie
mogę wiecznie uciekać. Tylko co powinienem zrobić? Nie mam dokumentów, domu,
pieniędzy, a części moich wspomnień nadal nie mogę sobie przypomnieć. Czego
jeszcze mam spróbować, by odzyskać resztę wspomnień? Byłem już w Muzeum
Kapitana Ameryki, ale pamiętałem wszystko, co tam było napisane. I zobaczyłem
siebie… Zobaczyłem Bucky’ego. Niby podobny do mnie, ale jednocześnie tak bardzo
się różnił. On prawie na każdym zdjęciu czy krótkim filmiku się uśmiechał, a
ja? Zimny wzrok, powaga na twarzy i schowana metalowa ręka – tamten Bucky nie
musiał tak żyć. Był normalnym człowiekiem i nie ukrywał swoich emocji.
Byłem pewien jednego – nawet jeśli odzyskam
całą pamięć, nie będę taką samą osobą, jak kilkadziesiąt lat temu. Jestem kimś
pomiędzy Bucky’m a Zimowym Żołnierzem. Którego wybrać? Kto wygra tę walkę? Kim
chcę być? Mam dość zabijania. Nieważne jak dokladnie myłbym ręce – krew moich
ofiar nadal będzie na nich spoczywała. Nie pozbędę się tego do końca życia.
Ludzie mnie nienawidzą. Nie wiedzą o mnie nic oprócz tego, że jestem zabójcą.
Że Zimowy Żołnierz nim jest. Oskarżają go o wszystko, a ja przyjmuję te baty.
Nic nie mogę na to poradzić. W sumie to im się nie dziwię. Sam pewnie
postępowałbym podobnie. Po co poznawać zabójcę i jego historię? Łatwiej od razu
skazać go na straty. Niech cierpi za krzywdy wyrządzone innym. Gdybym sam nie
był tym mordercą, myślałbym dokładnie tak samo. Jednak będąc w takiej sytuacji…
Z trudem to przyznaję, ale naprawdę potrzebuję
pomocy. Jeśli Steve mi nie pomoże, służby specjalne wpadną na mój trop i mnie
złapią. Nie chcę wylądować w więzieniu. Żałuję tego, co zrobiłem i gdybym mógł,
cofnąłbym czas. To jest jednak niemożliwe, więc muszę żyć dalej, starając się
wrócić do normalności. Muszę pozbyć się z głowy Zimowego Żołnierza. Muszę
znaleźć kogoś, kto mi pomoże. Najlepiej jakiegoś lekarza. Ale który doktor
zdecyduje się pomóc mordercy? Musiałbym użyć szantażu, a to oznacza, że zabójca
miałby większe pole do popisu. Mógłby wykorzystać sytuację i kogoś zabić. A
tego wolałbym uniknąć. Nie mam zamiaru pakować się w jeszcze większe kłopoty. I
tak wystarczą mi dokonane przeze mnie zbrodnie oraz to, że ktoś mnie wrobił w
zabicie króla Wakandy. Nawet jeśli by mnie złapali i powiedziałbym, że to nie
ja prowadziłem ostatni atak, nikt by mi nie uwierzył. Nikt, oprócz jednej osoby
– Steve’a Rogersa. Tylko jak go znaleźć, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń i
nie ściągnąć na siebie jakiegoś patrolu?
Zatrzymałem się na obrzeżach miasta przy
jakiejś szopie i wprowadziłem motor do środka. Rozejrzałem się po
pomieszczeniu, ale nie zauważyłem niczego ciekawego. Był tu drewniany stół,
jakaś szafka ze starymi narzędziami i doniczka ze zwiędły kwiatem. Albo raczej
tym, co po tym kwiatku zostało. Westchnąłem cicho i oparłem swój pojazd o
najbliższą ścianę, a plecak położyłem na podłodze obok niego. Nastał wieczór,
więc nie pozostało mi nic innego, jak przenocować w tej szopie. Cóż, zawsze
jakiś dach nad głową. Przynajmniej nie będę musiał łazić całą noc po mieście
bez żadnego konkretnego powodu. Już wolałem to swoje małe, niewygodne
mieszkanie, z którego byłem zmuszony dziś uciekać, ale nawet zwykły magazynek
jest lepszy od spania pod gołym niebem.
Położyłem się na stole, a pod głowę podłożyłem
prawe przedramię. Podrapałem się po brzuchu i zignorowałem ciche burczenie.
Muszę oszczędzać zapasy, więc póki nie będę umierał z głodu, nie zjem niczego,
co mam w plecaku. Odkąd pamiętam musiałem oszczędzać – począwszy od czasów
wojennych, a skończywszy na obecnej sytuacji. Szkolono mnie na doskonałego
zabójcę, który nie boi się żadnych warunków. Potrafi zabić wszędzie. Z ranną
nogą bądź pustym żołądkiem. Wytrzymam z głodem tak długo, jak to możliwe, a
później będę się martwić o racje żywnościowe. Znów ukradnę kilka portfeli,
wyjmę z nich gotówkę, a potem wyrzucę je do kosza wraz z dokumentami. Nabrałem
już w tym wprawy – takie kradzieże to dla mnie pestka. Jednak na razie
zapowiada się na to, że przez dość długi czas będę musiał tak żyć. Niezgodnie z
prawem. Chyba taki los mnie czeka. Los oszusta i poszukiwanego kryminalisty.
Obudził
mnie dźwięk otwieranych drzwi. Momentalnie zerwałem się na równe nogi i
spojrzałem na próg, w którym stał trzydziestoparoletni mężczyzna ze śrubokrętem
w dłoni i przerażonym wyrazem twarzy. Patrzył na mnie oniemiały, a kiedy
zszedłem ze stołu, cofnął się i potknął o własne nogi, upadając przy tym na
ziemię. Jeśli go puszczę wolno, powie o wszystkim policji. Jeśli go zabiję,
Żołnierz ze mną wygra i zostanę obciążony kolejnym zabójstwem. Jeśli ucieknę
najszybciej jak się da, powinienem zdążyć się wystarczająco oddalić, by służby
specjalne mnie nie złapały.
Decyzję podjąłem w pół sekundy – podszedłem do
mężczyzny i złapałem go za szyję, po czym podniosłem do góry i chwilę tak przytrzymałem.
Oddychał. Popchnąłem go na ścianę, o którą dość mocno się obił, a następnie
zabrałem szybko swój plecak, wyprowadziłem motor z szopy i pojechałem w stronę
centrum miasta. Ciekawe, kiedy ten mężczyzna się ocknie? Mam nadzieję, że nie
użyłem za dużo siły. Nie ścisnąłem go za gardło aż tak mocno, więc za
kilkanaście minut powinien dojść do siebie. Pewnie zadzwoni na policję, która
dołoży do mojej listy zbrodni napaść i pobicie. Jakby i tak nie planowali mi
dać dożywocia bądź skazać mnie na śmierć. Po co ciągle dopisują coś do moich
przestępstw?
Zostawiłem motor na jakimś prawie pustym
parkingu, po czym rozejrzałem się dokładnie wokół. Kilu ludzi szło ulicą, ale
nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Wszyscy byli wpatrzeni w telefony
bądź z kimś rozmawiali. Mieli rodzinę, bliskich, przyjaciół… A ja? Ciągle sam.
I chyba już zawsze tak zostanie. Jedyną osobą, która uważa się za mojego
przyjaciela, jest Steve. Jeśli poszedłbym do niego po pomoc, pewnie by mi jej
udzielił. Sam powiedział, że chce pomóc. Jednak on ma teraz grupę osób, z
którym pracuje na co dzień. A ci ludzie na pewno mnie nie zaakceptują. Będą
chcieli mnie wydać, skazać do najgorszego możliwego więzienia. Steve musiałby
wybrać między mną a nimi. I chyba z góry wiadomo, po czyjej stronie by stanął. On
ma teraz przyjaciół, którzy walczą u jego boku. Ja jestem jedynie cieniem
dawnego Bucky’ego, który stara się odzyskać wszystkie wspomnienia. Po co ktoś
miałby marnować dla mnie czas?
Usiadłem na najbliższej ławce w pobliskim
parku i wyjąłem z plecaka jakieś wafle ryżowe. Wziąłem je tylko dlatego, że
miały długi termin ważności i były pożywne. Dzięki nim nie padnę z głodu. Kto
by pomyślał, że kiedyś będę musiał tak żyć? Nawet czasu wojny były lepsze od
tego – wtedy przynajmniej nie musiałem kraść i byłem uważany za normalnego
człowieka. Teraz moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni – zostałem
złodziejem, mordercą i poszukuje mnie masa sił zbrojnych, które pragną mojej
śmierci. Może być jeszcze gorzej?
W ciągu kolejnej dobry ukradłem pięć portfeli,
wyjąłem z nich gotówkę, a potem wyrzuciłem je do kosza wraz z dokumentami. Postanowiłem
pójść do sklepu kupić coś do jedzenia i picia. Nawet ja mam pewne granice,
których wolę nie przekraczać. A głodowanie się do nich zalicza. Muszę mieć siły
by racjonalnie myśleć i w razie potrzeby uciekać bądź walczyć. Gdybym padł z
głodu na środku ulicy, chyba bym się ze wstydu zapadł pod ziemię.
Przechodziłem przez park, a w ręku trzymałem
drożdżówkę i butelkę wody. Do tej pory nikt mnie nie poznał. Nie miałem na
sobie jakiegoś dobrego kamuflażu, ale jak widać na razie sportowa kurtka i
czapka z daszkiem wystarczą. I oby się to szybko nie skończyło.
Usiadłem na jednej z drewnianych ławek, a na
ziemi zobaczyłem poranną gazetę. Szybko omiotłem wzrokiem pierwszą stronę, a
gdy ujrzałem wielki czarny napis ze zdjęciem starej szopy, wiedziałem, że
policja dopisze do mojej listy kolejną zbrodnię.
,,W
starej szopie na obrzeżach miasta został zamordowany młody mężczyzna. Sprawca
nieznany.”
________________________________________________________________________________


