środa, 27 lipca 2016

Druga Szansa - Rozdział 2

Witam ^^
Skończyłam pisać drugi rozdział ,,Drugiej Szansy". Nie wiem, ile osób to przeczyta, a tym bardziej skomentuje, ale mam nadzieję, że wam się spodoba :D ;P

_________________________________________________________________________________


  
   Steve kolejną minutę wpatrywał się w napis zamieszczony na tytułowej stronie porannej gazety. Nie tknął nawet śniadania, a jego kawa dawno już wystygła. Domyślał się, kto był sprawcą, ale nie chciał w to wierzyć. Po co Bucky miałby to robić, skoro mówił, że nikogo więcej nie chce zabijać? To nie ma sensu. Może to jednak nie on? Przecież wiele osób jechało wczoraj w stronę obrzeży miasta, więc…
  Kapitan ze zdenerwowania zagryzł wargi i zaczął miętosić w ręku gazetę. Nie mógł znieść tego, że jego przyjaciel był tak blisko, ale on nadal nie mógł go dogonić. Ciągle mu uciekał, a był w tym samym mieście. Może nawet przechodził obok miejsca, w którym się ukrywają. Dlaczego tak trudno go złapać? Steve chce z nim po prostu porozmawiać, ale on nie daje się tak łatwo namierzyć. W końcu ma w sobie wyszkolonego żołnierza, więc wie, co należy robić w takich sytuacjach. Pamięta wszystko, czego uczył się zabójca, potrafi wykonać każdy jego ruch. Mimo to pragnienia Bucky’ego znacznie różnią się od treningu wpajanemu mu przez HYDRĘ.  Całe szczęście, bo inaczej nie byłoby szans na uratowanie go.
 Steve nawet nie zauważył, kiedy do salonu weszła Natasha. Tuż za nią pojawiła się Wanda. Usiadły na kanapie po obu stronach Kapitana i patrzyły na niego przez kilkanaście długich sekund. W końcu Rogers nie wytrzymał i przerwał ciszę.
 - Muszę spróbować jeszcze raz.
 - Skąd pewność, że cię nie zabije? – Czarna Wdowa skrzyżowała ramiona pod biustem. – Jest do tego zdolny i dobrze o tym wiesz.
 - Znam Bucka. Poza tym mnie poznał.
 - Ale nie znasz Zimowego Żołnierza – wtrąciła Wanda. – Twój przyjaciel może się nim w każdej chwili stać, więc nie możesz sobie tak po prostu do niego pójść. Musimy iść całą drużyną.
 - Muszę iść sam. – Steve spojrzał na nią z pewnością. – Inaczej możemy go tylko spłoszyć. Bucky was nie zna, nie ufa wam.
 - A tobie nadal ufa? – Natasha miała naprawdę silne argumenty.
 - Przekonam się o tym.
 - Co chcesz z nim w ogóle zrobić? Zabierzesz go tu i co dalej? Skoro sam powiedziałeś, że nam nie zaufa, to może zrobić wszystko, by stąd wyjść. Poza tym spójrz. – Podsunęła mu gazetę. – Dopóki jest w nim ta przeklęta mrożonka, nikt nie będzie przy nim bezpieczny. Może zabić w każdej chwili, wystarczy krótka zmiana nastroju.
 Steve milczał. Podniósł głowę i spojrzał w sufit, a dziewczyny patrzyły na niego w skupieniu.
 - Spróbuję. – W głosie blondyna było słychać ogromną desperację. – On potrzebuje pomocy. Jest moim przyjacielem, więc nie mogę go tak zostawić. Gdybyście to wy były na jego miejscu, bez wahania zrobiłbym to samo. – Wstał i wziął do ręki komórkę. – Dlatego proszę, zaufajcie mi. Zrobię wszystko, by go tu sprowadzić.
 - Nie chodzi o to, że ci nie ufamy – zaprzeczyła Wanda. – Nie ufamy twojemu przyjacielowi. Dobrze wiesz, o co jest oskarżany. I dobrze wiesz, co potrafi. Mieszkanie w jednym domu z mordercą nie wygląda na wizję pełną szczęścia i uśmiechu.
 - Wiem. – Steve poszedł do holu i narzucił na siebie skurzaną kurtkę. – Ale i tak muszę mu pomóc. On by mnie nie zostawił.
 - Może kiedyś, a teraz? – Natasha oparła się o framugę drzwi.
 - Wyłowił mnie z rzeki i później ze mną współpracował, gdy go ostatnio spotkałem. – Rogers otworzył drzwi wejściowe. – Jest w nim Bucky, wiem to.
 Wyszedł, zostawiając dziewczyny w przedpokoju. Wyjął z kieszeni spodni komórkę i wykręcił numer swojego przyjaciela.
 - Sam? – Stanął na światłach. – Potrzebuję twojej pomocy.

                                                                       ~*~

   Wszedłem do najbliższego spożywczaka i kupiłem podstawowe produkty – kilka bułek, butelkę wody, jakieś batoniki energetyczne i jabłko. Sprzedawczyni nawet dorzuciła mi gratis gumy, mówiąc, że sprzedają je dziś za darmo.  Podziękowałem, zapłaciłem i wyszedłem ze sklepu, pakując zakupy do plecaka. Będę musiał pójść po jakieś nowe ubrania – bluzka, którą miałem na sobie zaczynała się pruć w jednym miejscu. Wiem, że nie powinienem kraść, zwłaszcza jeśli chcę skończyć z przestępczą przeszłością, ale bez pieniędzy długo bym nie pociągnął. I tak musiałbym kraść, a tak przynajmniej właściciele sklepów o nic mnie nie oskarżają.
 Zatrzymałem się na pasach obok jakieś starszej pani, która miała problem z podniesieniem swojego wózka. Schyliłem się i pomogłem jej, nawet lekko się przy tym uśmiechnąłem. Może dzięki takim zachowaniom jeszcze bardziej zmylę ludzi?
 - Dziękuję, młodzieńcze – powiedziała i odwzajemniła uśmiech.
 ,,Młodzieńcze”… Tak naprawdę mogę być kilka bądź kilkanaście lat starszy od niej.
Nie wyglądam wprawdzie na setkę, najwyżej na trzydzieści dwa, może trzy lata. Jak na takiego staruszka to całkiem nieźle się trzymam. Pomijając amnezję, nagłe bóle głowy i protezę lewej ręki, to jestem praktycznie zdrów.
 Mijałem ludzi, którzy byli zajęci rozmowami przez telefon bądź pisaniem wiadomości. Kiedy byłem jeszcze normalny, młode osoby bądź nastolatki spędzali czas na dworze, wspólnej zabawie i rozmowie w cztery oczy. A teraz? To, co się stało ze światem w ciągu tych kilkudziesięciu lat, to naprawdę ogromny postęp technologiczny, ale też zacofanie zachowań interpersonalnych. Przynajmniej w niektórych przypadkach. Ludzie częściej dzwonią do kogoś, niż spotykają się z nim w kinie bądź kawiarni.
 Westchnąłem cicho i skręciłem w jedną z głównych ulica, na której praktycznie zawsze jest tłum. Wmieszanie się w taką gromadę to bardzo dobry kamuflaż. Dzięki temu ktoś, kto mnie szuka, ma większe problemy ze znalezieniem mnie. Dodatkowo taki gąszcz osób ułatwia mi ucieczkę, a innym poruszanie się. Wystarczy być ostrożnym, nie wzbudzać podejrzeń innych i zachowywać się tak, jak większość. Co jakiś czas i tak oglądam się za siebie by sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi, ale staram się to robić najdyskretniej jak tylko potrafię. Na razie działa, bo nie zauważyłem niczego podejrzanego.
 Nagle poczułem uderzenie w klatkę piersiową. Mój mechanizm obronny już chciał się uruchomić, ale zobaczyłem, że to tylko młoda dziewczyna, która przypadkiem na mnie wpadła.
 ,,Uspokój się, Barnes, nic ci nie zrobi.”
 - Przepraszam bardzo! – Uniosła lekko ręce. – Nie zauważyłam pana.
 - Nic się nie stało – odpowiedziałem i ją ominąłem.
  Kątem oka zauważyłem, jak się za mną odwraca, ale nie spojrzałem na nią. Szedłem dalej prosto, a gdy przestałem czuć na sobie jej spojrzenie, dyskretnie się odwróciłem, ale jej już nie było. Zapamiętałem tylko długie, brązowe włosy, ciemne oczy i jakąś teczkę.
  Pośpiech. Tyle ludzi teraz wszędzie się gdzieś spieszy. Mają do załatwienia ważne sprawy, muszą zdążyć do pracy na czas, wrócić do domu… Znacznie bardziej wolałbym takie życie od ciągłego uciekania i odwracania się za siebie by sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi. Przynajmniej miałbym gdzie wracać, a teraz? Chodzę ulicami miasta, ukrywam się i muszę kraść, by przeżyć. Jeśli ciągle miałbym tak żyć, pewnie bym się przyzwyczaił, jednak byłbym też bardzo zmęczony. Musiałbym co jakiś czas szukać nowego mieszkania i środku transportu, a także omijać wszelkie kontrole drogowe i komisariaty policyjne. Tak naprawdę nigdzie nie jestem bezpieczny. Mogę być poszukiwany w każdym państwie,  wszędzie mogą się kryć agenci pragnący mej śmierci. Wprawdzie oni też wykonują czyjeś rozkazy, ale mają wolną wolę. Mogą wybrać. Ja nie mogłem. Naukowcy z HYDRY nie dali mi żadnego wyboru. Kazali coś zrobić – robiłem to. A jak zacząłem zadawać pytania, karali mnie, a później znów kasowali mi pamięć. Procedury bezpieczeństwa. Jeśli znów wpadnę w ich ręce, mogę się już nie wydostać. Znów wykasują mi wspomnienia i stanę się posłuszną marionetką, do której nie dociera nic oprócz rozkazów. A Bucky pójdzie w niepamięć…

                                                                             ~*~

  - I mamy tak łazić po mieście cały dzień? – Jęknął Sam, gdy Steve przedstawił mu swój plan.
 - Twoje roboty będą latały nad miastem i szukały go, a my pochodzimy ulicami. – Steve założył czapkę z daszkiem i okulary, natomiast Sam narzucił na głowę kaptur od swojej bluzy.
 - Wspaniały plan – prychnął Wilson. – W takim tempie to nam się trochę zejdzie.
 - A masz lepszy pomysł?
  Przez chwilę panowała cisza. Mężczyźni wyszli na jedną z głównych ulica miasta, a Sam uruchomił swoje roboty.
 - Może wyślemy samolot z transparentem ,,Szukamy cię, Bucky!”? – Zaproponował, na co Rogers tylko westchnął i pokręcił głową. – No co? Byłoby mniej męczące.
 - Wtedy musielibyśmy chyba czekać sto lat na jego pojawienie się.
 Mijali mężczyzn rozmawiających o pracy, kobiety esemesujące z przyjaciółkami, dzieci wskazujące mamom wystawy sklepowe, ale nigdzie nie widzieli znajomej twarzy Bucky’ego.
 - Skąd pewność, że on w ogóle się pojawi na mieście? – Spytał Sam, chowając ręce do kieszeni.
 - Bo najlepsza kryjówka to taka na widoku – odparł Steve, lekko mrużąc oczy. – Sam? – Szturchnął łokciem swojego przyjaciela, po czym wskazał mu dość wysokiego mężczyznę w czapce z daszkiem.
 - To by było zbyt proste – mruknął Falcon, ale ruszył w jego stronę.
 Obaj byli coraz bliżej swojego celu, ale starali się iść zwyczajnym krokiem, by nie wzbudzić jego podejrzeń. Nie spuszczali z niego wzroku, lecz szli szybszym tempem, coraz bardziej się do niego zbliżając. Jeśli Bucky teraz się odwróci, całe ich starania pójdą na marne. A do tego nie mogę dopuścić. Zaczekali na odpowiedni moment, gdy mężczyzna skręci w mniej ruchliwą ulicę, po czym złapali go za ramiona i zdjęli mu z głowy czapkę.
 - Ej, czego?! – Warknął nieznajomy i zmrużył oczy. – Wy… Ja was skądś znam.
 Sam i Steve natychmiast go przeprosili, a potem pospiesznie się oddalili. Wmieszali się w tłum i włożyli ręce do kieszeni.
 - Mówiłem, że to by było za proste – burknął Wilson. – Teraz mamy przeszukiwać każdego faceta z czapką na głowie? Pół miasta takie nosi!
 Steve zacisnął wargi, po czym ruszył w stronę parku. Zaczął się dyskretnie rozglądać, ale żadna osoba nie przypominała Bucky’ego. Jedni byli albo za niscy, albo za wysocy, albo mieli za krótkie włosy. Wprawdzie Nowy Jork jest ogromnym miastem, ale nawet tu nie można się chować nie wiadomo jak długo. James musi w końcu się ujawnić. A Rogers był przekonany, że właśnie teraz jego przyjaciel chodzi po ulicach miasta. Tylko gdzie dokładnie jest?
 Steve odwrócił się, czując czyjś wzrok na sobie, ale nikogo nie zauważył.
 - Coś się stało? – Spytał Sam, spoglądając w tę samą stronę, w którą patrzył Rogers.
 - Nie, nic – odpowiedział Kapitan, po czym poszedł dalej. Nie mógł już zauważyć postaci stojącej w cieniu jednej z uliczek.

                                                                      ~*~

  Siedziałem na murku w parku i obserwowałem gołębie jedzące okruszki chleba. Tak, bardzo ciekawe zajęcie, nieprawdaż? I tak nie miałem nic lepszego do roboty, więc nawet takie siedzenie i nicnierobienie było lepsze od ciągłego łażenia po ulicach Nowego Jorku. Skoro i tak nie mam mieszkania, to muszę całe dnie przesiadywać na dworze. Obserwuję przy tym ludzi, zapoznaję się z okolicą i ciągle zmieniam tereny swoich spacerów. Zapamiętuję ulice i charakterystyczne miejsca, które mogłyby mi posłużyć jako kryjówki. Przynajmniej na pewien czas, bo w jednej nie mógłbym długo zostać. Policja i służby specjalne, a także Avengersi, mogliby dość szybko wpaść na mój trop, czego za wszelką cenę muszę uniknąć. Jeśli wpadnę w ich ręce, to będzie koniec. Wsadzą mnie do pilnie strzeżonego więzienia, dadzą mi straż przed celą, a do tego mogą mi wstrzykiwać jakieś dziwne substancje. Czego jak czego, ale eksperymentów na sobie nie mam zamiaru powtarzać. Wystarczy mi, że przez jakiś szaleńców skończyłem z rozdwojeniem osobowości. Mam w głowie mordercę, który umie tylko zabijać. A na dodatek ja jestem później o to posądzany. Wystarczy. Muszę się go pozbyć. Nie mam pojęcia, jak to zrobić, ale nie mam zamiaru ciągle się z tym męczyć. Tylko gdzie mnie przyjmą, skoro wszędzie jestem poszukiwany? Do którego szpitala mam się udać?
 Życie jest czasem naprawdę niesprawiedliwe.
 Uniosłem głowę i spojrzałem w niebo. Pojawiały się na nim deszczowe chmury, a Słońce powoli za nimi znikało. Znów muszę poszukać jakiejś kryjówki. Gdzie pójść tym razem? Nagle poczułem, jak coś obija się o moją nogę. Zobaczyłem jak jakaś piłka zatrzymuje się kilka centymetrów przede mną. Podniosłem ją, a niedaleko mnie stał kilkuletni chłopczyk i patrzył raz na piłkę, raz na moją twarz.
 - Masz. – Rzuciłem mu ją, na co się szeroko uśmiechnął, pokazując swoją dziurę po jedynce, po czym podziękował i pobiegł do kolegów.
 Gdyby wiedział, kim jestem, zachowałby się zupełnie inaczej – uciekłby lub zaczął krzyczeć, wołając mamę bądź tatę o pomoc. Na pewno nie obdarzyłby mnie uśmiechem. Bałby się, chciałby uciec. Jednak czyjś uśmiech jest… czymś przyjemnym. Dawno tego nie widziałem. W HYDRZE były tylko krzywe grymasy, złość, irytacja i poczucie wyższości. A, i strach przed moją osobą. Ci, którzy zostali pojmani przez HYDRĘ, bali się mnie. Gdy zobaczyli, do czego jestem zdolny, poddawali się i robili wszystko, co ta organizacja od nich chciała. Zdarzały się wyjątki, ale szybko się z nimi rozprawiano. Często z moją pomocą – albo ich torturowałem, albo biłem, zdarzyło się nawet, że odciąłem komuś rękę.
 Ludzie zawsze patrzyli na mnie z lękiem. Odkąd stałem się Zimowym Żołnierzem, nie było dnia, kiedy nie widziałbym lęku bądź złości. Uśmiechy ludzi mijanych na ulicy bądź widzianych w sklepie są przyjemną odmianą. Czasem nawet ja się do kogoś uśmiechnę, ale to nie jest prawdziwy uśmiech, jaki miał James Barnes w Muzeum Kapitana Ameryki. Ta osoba na filmie była radosna, śmiała się, a ja? Jestem jej kompletnym przeciwieństwem. Ciągle poważny, zero radości na twarzy, w dodatku poszukiwany zabójca. Ech… Życie jest naprawdę ciężkie. Czasem zastanawiam się, czemu to wszystko musiało się przytrafić akurat mi, ale widocznie tak miało być. I tak już teraz nie zmienię, więc użalanie się nad tym w niczym mi nie pomoże. Muszę to znieść.
 Tylko jak długo dam radę uciekać?
 Zostałem wprawdzie wyszkolony, ale HYDRA zna mnóstwo możliwości na wyszukanie tych, których szuka. Nieważne, gdzie się ukryją, prędzej czy później i tak ich znajdzie. Wiem też, że mi łatwo nie odpuści – w końcu ich zdradziłem. Stracili jedną ze swoich najlepszych kukiełek. Oni nie tolerują nieposłuszeństwa, a za każdy niewykonany rozkaz wymierzana jest surowa kara. Aż nie chcę myśleć o tym, co mnie spotka, jeśli wpadnę w ich ręce… Krzesło elektryczne? Długa kąpiel w lodowatej wodzie? Podtapianie? Wbijanie noży w mięśnie? Bo kasowanie pamięci na pewno by mnie nie ominęło. A tego akurat najbardziej chcę uniknąć. Nie mam zamiaru znów stawać się zabójcą bez serca. Byłem nim przez siedemdziesiąt lat, wystarczy. Teraz i tak nie mogę wieść normalnego życia, bo jestem poszukiwany.
 Czy kiedyś w ogóle będę miał własne mieszkanie na stałe? I będę chodził po ulicach miasta nie bojąc się, że zaraz ktoś wyskoczy zza rogu i będzie chciał mnie aresztować?
 Ech, naprawdę marzę o takim życiu, ale wiem, że to marzenie nigdy się nie spełni. Ktoś taki jak ja nie ma prawa mieszkać jak uczciwi obywatele. Nie zasłużyłem na to. Jednak z drugiej strony to nie była moja wina – manipulowano mną i zmuszano do tych wszystkich rzeczy. To nie byłem ja, lecz… jednocześnie ja. Skomplikowane. Zrobiła to osoba znajdująca się w moim umyśle. Posłużyła się moim ciałem i wyglądem, przez co teraz ja, Bucky, jestem oskarżany o te wszystkie morderstwa. W sumie ci, co chcą mnie złapać, mają trochę racji… Mimo to nie mogą mnie złapać. Nie chcę spędzić reszty życia w więzieniu bądź szpitalu dla psychicznie chorych. Zostałem wykorzystany. Nie mam zamiaru cierpieć za głupotę i chciwość innych. Dlaczego to ja mam ponosić karę, a oni nadal są na wolności i trudno ich namierzyć? Ci, którzy mnie stworzyli, powinni zginąć. Albo przejść przez to samo co ja. Z chęcią patrzyłbym, jak ich osobowość zostaje zrujnowana, a mózgi słuchają tylko rozkazów pana. Byliby jak marionetki. Jak ja, przez ostatnie kilkadziesiąt lat.
 Przez chwilę obserwowałem grupkę dzieci bawiącą się na pobliskim placu zabaw i starałem się przypomnieć sobie swoje dzieciństwo. Pamiętam, że siedziałem ze Stevem na trzepaku i jadłem ciastka podkradzione mojej mamie. Trochę mi się za to później oberwało, ale było warto. Przynajmniej Steve nabrał ociupinę tłuszczu.
 Zawsze był chudy. Często to wyglądało aż źle. Niby odżywiał się prawidłowo, ale nigdy nie miał mięśni, nie umiał się bić i był słaby fizycznie. Dopiero po przemianie zaczął szybciej biegać i wygrywał praktycznie każdą potyczkę. Stał się nawet wyższy ode mnie, a kiedyś sięgał mi do ramienia. Teraz to ja jestem niższy…
 Kiedy byliśmy dziećmi, często chodziliśmy do miasta i oglądaliśmy wystawy sklepowe. Zawsze zwracaliśmy uwagę na mundury i sprzęty mechaniczne. Uwielbiałem metalowe rzeczy, które można było składać. Dostarczało mi to niesamowitej frajdy. Obecnie jednak za nimi nie przepadam, zwłaszcza za swoją lewą ręką. Nienawidzę jej. Najchętniej to bym ją oderwał i zastąpił czymś innym. To właśnie nią zamordowałem większość swoich ofiar. Ona ma na sobie masę niewidzialnej krwi, która cały czas na mnie ciąży. I mam świadomość, że tego brudu nigdy nie domyję. Zawsze zostaną plamy.
 Jako dziecko lubiłem chodzić po płotach i udawać, że drzewa to moje fortece. Kilka razy spadłem z gałęzi i nabiłem sobie masę guzów, raz nawet skręciłem kostkę. Steve później do mnie przyszedł z ciastem swojej mamy. Pyszne było. Czekoladowe. Jego matka cieszyła się, że  jestem przyjacielem Rogersa, bo wiedziała, że zawsze go obronię. Byłem szybszy i silniejszy, więc często ratowałem go z opresji. Za to on był bardziej opanowany. Właściwie to traktowaliśmy się prawie jak bracia.A brat brata nie opuszcza, nie? W końcu to podobno ja pierwszy powiedziałem, że go nie zostawię i będę z nim do końca. A gdyby Steve tego nie powtórzył nad rzeką, prawdopodobnie już byłby martwy. Zabiłbym… przyjaciela. Bo skoro kiedyś nim był, to chyba znaczy, że teraz naprawdę chce mi pomóc? Nie wyczuwałem w jego głosie kłamstwa, więc może powinienem mu zaufać? Ale co z jego kompanami? Możliwe, że będą chcieli mnie wydać. Jak Steve miałby zamiar to pogodzić?
 Zaryzykować, czy jednak nadal się ukrywać i działać samotnie?
 Życie zbiegłego mordercy jest naprawdę trudne.
 Ostatni raz spojrzałem na bawiące się dzieci, po czym wstałem ze swojego miejsca i poszedłem w kierunku centrum miasta. I tak nie mam gdzie pójść, a na spacerze przynajmniej rozruszam mięśnie. Powinienem poszukać Steve’a, tylko nie mam pojęcia, jak to zrobić. Właściwie to mam jeden pomysł, ale jeśli go zrealizuję, ludzie nadal będą się mnie bać. I możliwe, że jeszcze bardziej niż wcześniej.
 I tak nie mam wiele do stracenia, a niebezpieczeństwo to moje drugie imię.
 Zaryzykuję. Może się uda.


_________________________________________________________________________________